Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczór. Pokaż wszystkie posty

22 wrz 2008

Garbage - Garbage (1995)


rok wydania: 1995
gatunek: rock
wydawca: Mushroom Records

Butch Vig, Steve Marker i Duke Erikson siedzą w studiu i bawią się w tworzenie muzyki. Coś tam zagrają, coś tam wysamplują, coś tam zapętlą. Nagle (albo i nie tak nagle, do dziś tego nie wiadomo) przychodzi ktoś (historia nie zapamiętała jego imienia) przychodzi i mówi im „this shit sounds like garbage”. Panowie mają już nazwę dla rodzącego się właśnie zespołu. Przewijam akcję kilka miesięcy do przodu. Steve Marker ogląda MTV. Widząc teledysk niezbyt znanej szkockiej kapeli Angelfish, zwraca uwagę na wokalistkę, Shirley Manson i myśli: „ona by do nas pasowała, muszę o niej opowiedzieć chłopakom". 8 kwietnia 1994. Świat dowiaduje się o tajemniczej śmierci Kurta Cobaina. Vig, Marker i Erikson poznają Shirley Manson.

Taka jest historia powstania tego zespołu. Nietypowa, jak nietypowa jest ich muzyka. Przeważa rock, zgodnie z ówczesnymi standardami przybrudzony, udający garażowe brzmienie. Taki jest największy hit, czyli Only Happy When it Rains. Bez zbędnego mieszania, szybko i do przodu. Ale już następne As Heaven is wide to zupełnie inne oblicze zespołu. Gitary zostały i buczą, aż miło, ale utwór napędza nerwowy beat perkusji, który bardziej pasuje do muzyki elektronicznej. Pojawiają się też różne efekty brzmieniowe, co jest zasługą obecności trzech producentów w składzie.

Nie boją się też poflirtować z popem. Właściwie każdy kawałek ma potencjał, by być przebojem, ale w Fix Me Now mamy prawdziwie popową melodię i brzmienie. Not My Idea to swoista przeplatanka: popowe zwrotki, mocny, rokendrolowy refren. Nas szczęście pop w ich wykonaniu daleki jest od banalnych melodyjek serwowanych w radiu.

Dog New Tricks w pewnym sensie zapowiada następną płytę. Tu ten element elektroniczny jest najsilniejszy, co czyni ją najciekawszym kawałkiem na płycie. Połączenie mocnych, sfuzzowanych gitar i tego nerwowego rytmu brzmi bardzo intrygująco. Vow i Stupid Girl to kolejne rockowe hity. Pierwszy rozpoczyna się charakterystycznym, przechodzącym przez kanały riffem, a drugi opiera się na loopie perkusji z jednej piosenek The Clash. Na koniec zostawili dramatyczną balladę Milk z poruszającym tekstem Shirley.

Bardzo równa i bardzo dobra płyta. Aż dziw, że to debiut. Choć wpływ na to miał fakt, że osobno już mieli za sobą muzyczne doświadczenia. I to poważne. Tą płytą postawili sobie bardzo wysoko poprzeczkę. I jak wiadomo, następną płytą, dorównali tej.



Ściągamy stąd.
Kupujemy tu

11 wrz 2008

Rachael - I bet You Like Drugs Instead of Sex (2008)



Warszawiaki z Rachael grają razem niecały rok, a już mają no koncie pierwszą EPkę, wydaną własnym sumptem, a jakże.
Już tytuł I Bet You Like Drugs Instead Of Sex zapowiada zawartość. Rock psychodeliczny raczej nie, bardziej indie granie z elementami psychodelii. Coś pomiędzy Black Rebel Motorcycle Club a dwiema ostatnimi płytami Queens of the Stone Age. Czyli to, co tygrysy lubią bardzo, jeśli nie najbardziej.

Najbardziej grzeje Juditha z obłędnym wokalem Olgi. O właśnie, niewątpliwą zaletą Rachael jes dwójka wokalistów Mike i Olga. Patent podobny na przykład do The Subways (spodziewajcie się, że do końca roku będą się pojawiać w prawie każdym tekście) i podobnie wykorzystany. Do złagodzenia chropowatego wokalu Mike’a, choć akurat tej piosence głos Olgi nadaje ostrości.

Świetny jest też Going Up In Smoke ujarana zielskiem pseudoballada. Ze świetną, trochę Joshową gitarą. Przypomina też spokojniejsze momenty BRMC, czyli w niej najbardziej słychać czemu Rachael mieści się tam właśnie.

V-66­ zaczyna się riffem bardzo, ale to bardzo przypominającym Smells Like Teen Spirit, wiadomo czyje. Na szczęście idzie w zupełną, bardziej pokręconą stronę. Na koniec zostawili All You Need Is Lead, trochę cygańskie, trochę hamerykańskie z solówką w stylu Neila Younga, gdzieś w środku psychodelicznie rozjeżdżające się. No nie mogli wybrać lepszego zakończenia płyty.

I Bet You Like Instead Of Sex najlepiej słuchać idąc w nocy ulicami wielkiego miasta, jak Nowy Jork, albo bardziej lokalnie, Warszawa. Wiecie, klimat podobny do Stories from the City, Stories from the Sea Polly Harvey.

Gdyby byli z Nowego Jorku albo z Londynu już mieliby kontrakt w kieszeni, a tak muszą gnić w podziemiu, przykre.
Ściągamy stąd, całkiem legalnie.

4 wrz 2008

The Gutter Twins - Saturnalia (2008)


Ci dwaj panowie współpracują ze sobą już kilka lat. A to jeden zagra u drugiego na płycie, a to nagrają razem piosenkę pod szyldem projektu jednego z nich. A to pojadą pod tym samym szyldem w trasę (i wpadną do Polski). Aż gdzieś w 2003 roku pojawiły się plotki, że mają nagrać prawdziwie wspólną płytę jako zupełnie nowy projekt. Nagrywali ją tak długo, bo jeden z nich rzucił się w wir pracy i kolaborował z folkową artystką i eletroduetem, a obydwaj pojechali w wyżej wymienioną trasę, ale wreszcie jest. Najbardziej oczekiwana płyta tego roku.

Trzeba powiedzieć, że spiknęli się jak mało kto. Obydwaj liderowali kultowym, ale nie mogącym przebić się do mainstreamu zespołom. Potem obydwaj rozpoczęli nowe kariery, czy to solowo, czy pow.ołując do życia całkiem nowe projekty. Muzycznie też się uzupełniają. Mark „Wypiłem Hektolitry Whisky i Wypaliłem Tysiące Papierosów” Lanegan, jak wiadomo jest obdarzony mocnym, rzeżącym głosiskiem, a Greg „Poderwę Twoją Dziewczynę, Mimo Że Się Trochę Spasłem” Dulli to multiinstrumentalista i wokalista o duszy romantyka. Razem tworzą powalający duet, czego dowodem jest choćby Number Nine the Twilight Singers.

Właśnie, the Twilight Singers to słowo klucz do tej płyty. Tak naprawdę Saturnalia, gdyby zostały nagrane bez Lanegana, spokojnie mogłyby być czwartą płytą zespołu Dulliego. Więcej, koncertowe wcielenie the Gutter Twins różni się od ostatniego składu TTS tylko osobą perkusisty. Czyli w brzmieniu przeważa pierwiastek Dulliego.

Lanegan zaś po raz kolejny udowodnił, że jest wręcz idealnym kolaborantem. Świetnie potrafi odnaleźć się w tak odległych stylistykach, jak folk, czy elektronika, o desert rocku nie wspominając, więc wejście w klimat alternatywnego rocka a la Dulli nie sprawiło mu żadnego problemu, zresztą robił to już wcześniej.

W piosenkach ścierają się dwa żywioły. W brzmieniu, jak już napisałem, wygrywa zurbanizowane brzmienie the Twilight Singers, zaś w wokalach utrzymuje się równowaga. W jednych piosenkach, jak w Idle Hands jest więcej Lanegana, w innych, jak The Body jest więcej Dulliego, a w jeszcze innych panowie prawie cały czas śpiewają wspólnie, co chyba jest najlepszym rozwiazaniem.

Zdarza się też, że Lanegan wejdzie na rejestry zastrzeżone dla Dulliego, a Dulli będzie śpiewał nisko, przypominając Lanegana. Takie sytuacje nie zdarzają się zbyt często, ale odnoszą pożądany efekt, czyli zaskoczenie.

Seven Stories Underground to jedyna w pełni Laneganowa piosenka, śpiewa w niej tylko on, Dulli tylko czasem doda coś od siebie w chórkach. Greg też ma taką piosenkę. To I was in Love with You, które następuje od razu po Seven Stories Underground. Na szczególną uwagę zasługuje otwierające the Stations. Naprawdę, nie mogli wybrać lepszej piosenki na openera. Moc czuć od pierwszych sekund, a całość zapowiada prawdziwą muzyczną ucztę. Jej kulminacją i najsmakowitszym daniem jest Each to Each, mroczne, niepokojące, z najlepszą na płycie wspólną partię wokalną. Poza tym ciężko coś wyróżnić, bo cholernie równa to płyta.

Lanegan i Dulli znów nie zawiedli. Dostałem dokładnie to, czego chciałem. Płytę bardzo dobrą, mroczną, ze świetnymi melodiami. Dulli mistrz, Lanegan bóg.


Ściągamy stąd
Kupujemy tu

31 sie 2008

Ahkmed - Chicxulub (2007)



Czasem tak jest, ze jak już się zrobi podsumowanie roku, wszystko wygląda ładnie, pojawia się płyta, która przebojem wdziera się w zestawienie. Tak, tą płytą, która zdemolowała moje zestawienie w zeszłym roku (już) było właśnie to wydawnictwo. I nie ma żadnego znaczenia, że to kompilacja wcześniejszych nagrań.

Jak się wysilić, to już nazwa może budzić przyjemne skojarzenia. Ahkmed to imię, a teraz pomyślcie o najlepszym stonerowym bandzie ever. I co? Jego nazwa to tez imię. Majspejs też wygląda zachęcająco, bo umieścili tam zdjęcia z występu nad jeziorem przy zachodzącym słońcu... A w Influences wpisali, obok Hawkwind i Pink Floyd, kyuss. Ale oczywiście na ich majspejsa wszedłem dopiero po przesłuchaniu płyty.

Dużo tu przestrzeni, kosmicznych odlotów (co prawda nie tak radykalnych, jak w przypadku Comets on Fire, czy Earthless), jest też prawdziwie pustynne, brudne brzmienie. Muzyka ahkmed to połączenie kosmosu z pustynią, dwóch przeciwstawnych sobie żywiołów: powietrza i ziemi. Brzmi nieźle, co? I zaufajcie mi, tak jest naprawdę już od pierwszych sekund Kirrae, które rozpoczyna się kosmicznymi dźwiękami gitary, by przejść przez fazę grzania a la kyuss, wrócić w mgławice, pobrzdąkać, jak kyuss w swoich spokojniejszych kawałkach, pogrzać znów, ale tak bardziej kosmicznie i wrócić do pustynnego wygaru i na koniec znów wyprawić się w kosmos. A wszystko to w jednej piosence, co prawda, nie krótkiej, bo trwającej 10 minut. W następnej Ilanesii powala riff, gdzieś tak od 2:45, w którym połączyli kosmos z pustynia, mistrzostwo. Riff ten przywodzi na myśl Josha z czasów kyussa: grany bez opamiętania jeden motyw, niewiele zmieniający się przez utwór, a jednak za każdym razem inny.

Jeszcze lepiej robi się w T=0 i Viceroy. Ten pierwszy rozpoczyna się pustynnym riffem z kosmicznym pogłosem, potem wchodzi bas i perkusja i robi się naprawdę epicko. Ciary murowane. Po chwili zaczyna się wokal, oszczędny, mistyczny, rozmyty w muzyce. Po epickości mamy etap relaksu, delikatności przerywanej od czasu do czasu mocniejszym wejściem, taki nie do końca spokojny sen, oczywiście o gwiazdach, podróżach kosmicznych, purpurowych mgławicach i tym podobnych. Viceroy rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym kończy się T=0, ale idzie w inną, bardziej agresywną stronę, bo przechodzi prawie od razu do bliźniaczo podobnego riffu do tego z Ilanesii. 2:30. zapamiętajcie ten czas. Bo od tego momentu zaczyna się najbardziej nieziemska część tej płyty. Jakby ten sam duch, który napełniał kyussa podczas nagrywania płyt zstąpił właśnie na Ahkmeda. Piękny motyw gitary (na riff to za mało dźwięków) z cichymi dogrywkami w tle. Whitewater XXI wieku? Wiem, że to na wyrost, ale właśnie z tym kojarzy mi się najbardziej, mimo że jest dużo prostsze i mniej jazzowe. I po trzech minutach trzepania tego riffu wracają do grzania (znów z wokalem, świetnym wokalem) w stylu kyussa. Leżę, spadłem z krzesła, nie mogę się podnieść. Jestem zdruzgotany. To było piękne.

Po kilku przesłuchaniach jestem oczarowany. Nie tylko Viceroyem, ale wszystkimi utworami na Chicxulub. Dosłownie wszystkie wgniatają w ziemię, niszczą, orzą mózg i Bóg jeden wie, co jeszcze. Tak świetnej dawki stonera (czy post-stonera, jak sami określają swoją muzykę) dawno nie słyszałem. A, i byłbym zapomniał, kojarzą mi się też trochę z Mammatusem. Najbardziej w Jonah, ma taki, hm, mistyczny klimat.

Wiem, dużo porównań pojawiło się w tekście. I to porównań do samych bogów desert rocka, ale czterech wybrańców może być dumnych z ahkmeda. Genialna płyta. Z niecierpliwością czekam na ich długogrający debiut.

Ściągamy stąd i stąd
pass: stormium
Kupujemy tu

28 sie 2008

Bruce Springsteen - Nebraska (1982)

Na początku lat 80. Bruce Springsteen był na fali wznoszącej. Już po Born To Run, ale jeszcze przed Born In the U.S.A, które wyniosło go na sam szczyt. Jednak miał na tyle silną pozycją, że mógł pozwolić sobie na eksperyment, płytę, która zaskoczy fanów i krytyków, której formę powtórzy kilkanaście lat później na The Ghost of Tom Joad.

Tym zaskoczeniem jest ascetyzm brzmieniowy. Bruce znany z rozbudowanych aranżacji, pełnych rozmachu, wielości instrumentów, jest tu sam. Tylko on, gitara i harmonijka ustna. Przypomina to kogoś? Oczywiście wielkiego idola Bruce’a, Boba Dylana. I tak, jak u Dylana słowo jest ważniejsze niż muzyka. Nie zrozumcie mnie źle, w twórczości Springsteena słowa były zawsze ważne, ale tu wysuwa się na pierwszy plan.

Wszystko zaczyna się od utworu tytułowego, inspirowanego filmem Terrence’a Malicka o seryjnym mordercy i jego dziewczynie. Opowiedzianego z pierwszej osoby. Taki niespringsteenowy to utwór. Nie ma chwytliwej melodii, Bruce śpiewa delikatniej i wyżej niż zwykle. To znów ukłon w stronę Dylana.

Jednak Springsteen nie byłby sobą, gdyby nie napisał choć jednego hitu. To Atlantic City, opowieść o ludziach próbujących zmienić swoje życie. Znów Bruce’owa klasyka. I jaka moc. To jeden z najlepszych utworów napisanych przez Springsteena. Ciary gwarantowane. Szczególnie w refrenie spotęgowanym pogłosem, który charakteryzuje ten album.

Nebraska nie spodobała się przeciętnemu amerykańskiemu słuchaczowi, sprzedawała się słabo, ale krytycy ją docenili. Zresztą nie tylko oni. Dwie piosenki skowerował na swojej płycie nie kto inny, jak wielki Johnny Cash. Wziął Johnny’ego 99, szybkie country, znów o przestępcy i Highway Patrolman balladę o policjancie i jego bracie. A wszystko gończy gorzkie Reason to Believe.

Bruce jak zwykle sięgnął do historii zwykłych ludzi, ale tym razem sięgnął ciemnej strony życia, nie ma tu optymizmu płynące z Born to Run. Ludzie popełniają błędy, wcale nie są tacy dobrzy na jakich wyglądają, ukrywają mroczne sekrety, uciekają przed przeznaczeniem, ale także kochają, mają marzenia, starają się godnie żyć. O tym wszystkim śpiewa Bruce na Nebrasce. I robi to świetnie jak zawsze, a nawet jeszcze lepiej. Udało mu się nagrać płytę przewyższającą Born to Run.

Ściągamy stąd
Kupujemy tu

23 sie 2008

Howlin Rain - Magnificent Fiend (2008)

Lata 70. W tajnym, amerykańskim, rządowym ośrodku, gdzieś w Nevadzie udało się zahibernować członków nieznanego szerzej zespołu za uciekanie od służby wojskowej. Mają obudzić się w 2004 roku. Eksperyment się powiódł. Panowie mieli trochę problemów z przystosowaniem się do życia na początku XXI (stąd zmiany składu, na szczęście amerykańscy generałowie zamrozili też potencjalnych następców, więc wymiana nie była pokoleniowa). Nagrali płytę w 2006 roku, a teraz wydali jej następcę.

Brzmi nieprawdopodobnie? Owszem, ale słuchając tej płyty mam dokładnie takie wrażenie. Przeniesiono ich prosto z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Gdyby naprawdę żyli w tamtych czasach pewnie zagraliby na Woodstocku dzieląc scenę z Hendrixem i Janis Joplin i innymi gwiazdami hippisowskiego rocka. Tak, hippisowskiego i bardziej amerykańskiego niż hamburgery i Abraham Lincoln. Creedence Clearwater Revival, the Allman Brothers Band, Lynyrd Skynyrd jeździli by z nimi w trasy. Długowłosi młodzieńcy zarzucaliby kwas w rytm ich muzyki. Grateful Dead byliby ich kumplami, a oni sami pewnie byliby wymieniani przez Pearl Jam obok Jimiego i Neila jako główne inspiracje.

Brzmieliby nowatorsko, bo nie bali się dodawać do swoich rozbudowanych kompozycji funkowej pulsacji i gitary, jak w Dancers at the End of Time. Ich brzmienie podawane byłoby jako przykład innym zespołom. The Doors zazdrościliby im klawiszowca. Lord Have Mercy stawiano by obok takich evergreenów, jak Sweet Home Alabama czy Ramblin’ Man.

Wszystko to wydarzyłoby się, gdyby panowie urodzili się kilka dekad wcześniej. Dziś, czterdzieści lat później, można pomyśleć, że to drugie Wolfmother, tylko bardziej amerykański i powiedzieć: z czym do ludzi, tak się grało, gdy moi dziadkowie byli młodzi. Można, ale zanim się to zrobi warto zauważyć, że liderem Howlin Rain jest Ethan Miller. Lider jednego z czołowych przedstawicieli New Weird America, czyli Comets On Fire, zespołu dość awangardowego i hałaśliwego (mimo że na ostatniej płycie trochę się uspokoili). Czyli jakość gwarantowana. Co więc w tej płycie jest takiego dobrego?

Po pierwsze – brzmienie. Dużo dzieje się w warstwie instrumentalnej, prawie cały czas słychać klawisze (nie tylko hammondy), czasem przewiną się dęciaki, jak choćby w Nomads. Po drugie – przebojowość. Każda piosenka niesie w sobie taką dawkę zabójczych melodii, że mogliby nią obdarować kilka innych płyt. Po trzecie – wokalista, czyli Ethan Miller. Nie wiem, jak on to robi, ale czasem zbliża się do rejestrów zarezerwowanych dla Janis Joplin. I cały czas śpiewa z obowiązkową chrypką, co tylko pobudza skojarzenia z Teksanką. Po czwarte i chyba najważniejsze – energia. Już po kilku sekundach zrywam się z miejsca, by zacząć tańczyć w rytm muzyki, ewentualnie poudawać gitarzystę, bo solówki są naprawdę najwyższej jakości. Nie wydumane, melodyjne, ale na pewno nie prostackie

Wszystko na tej płycie jest klasyczne. Od brzmienia, przez teksty i aranżacje aż do liczby utworów i czasu trwania płyty. Musieli się solidnie napracować (zapuścili nawet brody i włosy) by oddać klimat tamtych lat i dlatego też chylę przed nimi czoła.

40 lat temu zrobiliby pewnie wielką karierę, dziś to jedynie ciekawostka, wspomnienie dawnych lat… i jedna z płyt roku. W kategorii „wskrzeszamy starego dobrego rocka” zostawiają daleko w tyle Wolfmother, o the White Stripes nie wspominając. Mistrzostwo.

Ściągamy stąd.
Kupujemy tu.

18 sie 2008

Brant Bjork - Punk Rock Guilt (2008)

Na okładce jest tylko on. Stoi i patrzy zza ciemnych okularów. Wygląda, jakby rzucał komuś wyzwanie. Pytanie, komu? Odpowiedź na nie jest ukryta w tytule. Wina punk rocka, co to może znaczyć?

Pojęcia tego wielokrotnie używał Josh Homme mówiąc o kyussie i o samym Brancie. Według niego, wina punk rocka polega na chęci bycia niezależnym, elitarnym oraz bardziej przyziemnie na niechęci do przyjmowania wymiernych korzyści za swoją sztukę, muzykę. Brant się z tym nie zgadza. Dla niego punk rock, czyli „robienie własnych rzeczy, jak się chce, i z własnych powodów” jest czysty, a JHo nie tyle się sprzedał, ile nie chce się przyznać, że zależy mu na sławie i pieniądzach. Tytuł więc rzuca wyzwanie Joshowi.

Album otwiera Lion One, pierwotna wersja Lion Wings z Somera Sól. Pierwotna, bo Brant nagrał Punk Rock Guilt w grudniu 2005 roku, a dopiero teraz stwierdził, że nadszedł czas, by „uwolnić bestię". Ta wersja jest bardziej pustynna i dużo dłuższa, bo Brant pozwolił sobie na smakowity jam, rozciągając ją do dziesięciu minut. Nie ma też dęciaków, które zaczynają Lion Wings. Ale to tylko detal. Ta wersja różni się przede wszystkim „zawartością” pustyni, której tu jest zdecydowanie więcej. Jest piach, przybrudzone brzmienie, wszystko, czego fan desert rocka może sobie zażyczyć.

Kilka kawałków jest zdecydowanie funkujących, w stylu Brant Bjork & the Operators, ale nie tracą przy tym swoich pustynnych walorów. Taki Dr. Special mógłby znaleźć się spokojnie na The Uplift Mofo Party Plan RHCP, gdyby ci wynieśli się z L.A. na pustynię. Tłusty, funkowy groove prowadzi też Shocked by the Static i This Place (Just Ain’t Our Place).

Utwór tytułowy Brant nagrał w 2007 roku jako the Right Time i umieścił na Tres Dias. Zabawne, że tam ta piosenka nie wyróżniała się, była trochę w cieniu Love Is Revolution czy Messengers. Ta wersja to zupełnie inna para kaloszy. Kopie tyłek straszliwie, przejeżdża jak walec. Mogę jej słuchać cały dzień, nie nudzi się, tylko za każdym razem coraz bardziej energetyzuje, od razu chce się wziąć w łapska gitarę i grać. Tekst oczywiście skierowany jest do Josha.

Drugą piosenką, w której Brant wyraźnie zwraca się do byłego kumpla z zespołu jest Born to Rock. Piękna, słodko-gorzka kompozycja. Chyba w niej najbardziej zbliżył się do tego, co robił w kyussie, mimo że nie ma tu takich riffów, jak w Gardenii czy Green Machine. Nie, tu jest coś, co słychać w drugiej części Whitewater, najdroższej sercu Branta piosence kyussa. Jest tu cała, skąpana w słońcu pustynia. Mniej radosna niż Yawningmanowa, nie tak tajemnicza, jak Ten East i Unidy. Nie, to pustynia, która siedzi w Brancie od urodzenia, którą słychać w kyussie.

Born to Rock jest gorzkie, bo Brant śpiewa o swoim życiu i o Joshu, który nie potrafi go zrozumieć, a przecież kiedyś byli sobie tak bliscy. Słodkie, bo jest delikatna i wyciszająca.

Plant Your Seed mogłoby się znaleźć na Saved By Magic, pierwszej płycie BB z Braćmi. Jest monotonny riff, skanowane słowa, jest fuzz. A na koniec jeszcze jeden długaśny, transowy jam, czyli Locked and Loaded, przypominający troszeczkę dokonania Neila Younga z Crazy Horse. Troszeczkę, bo podobieństwo jest podejściu, a nie brzmieniu.

Punk Rock Guilt jest zdecydowanie najlepszą solową płytą Branta, łączy w sobie najlepsze cechy jego poprzednich płyt. Nie zaskoczył jakimiś zmianami stylu, tylko zagrał wszystko na 1000%. Jeśli to ma być wina punk rocka, to niech BB nadal będzie winny i elitarny. Jedna z płyt roku, kto wie, może właśnie ta najlepsza.

 Ściągamy stąd
 Kupujemy tu
 

6 sie 2008

At the Drive-In - Relationship Of Command (2000)

Przed wydaniem tej płyty At The Drive-In byli jednym z wielu dobrych zespołów. Dobrych, ale takich, o których po jakimś czasie się zapomina, a potem znają ich tylko zapaleńcy i maniacy. Co można zrobić, żeby nie zostać zapomnianym? Odpowiedź jest prosta: nagrać płytę, która skopie tyłki, która wyniesie na muzyczny piedestał, płytę, która po kilku(nastu) latach przejdzie do legendy.

Jak łatwo się domyślić, udało się im. I teraz pytanie, czemu im? Czemu miliony zespołów męczy się nagrywając średnie, bądź najwyżej dobre płyty, a tu pięciu kolesi z Teksasu przechodzi do historii? Lub uogólniając: co trzeba zrobić, by nagrać płytę-legendę? Trzeba mieć dobrych ludzi do grania. I takich mieli, Omar Rodriguez przez wielu jest uznawany za jednego z najlepszych gitarzystów XXI wieku, Cedric Bixler-Zavala ma niesamowity głos. I tu większość się zatrzyma, bo dla nich ATDI to tylko ta dwójka. Nawet nie wiedzą, jak bardzo się mylą, bo, owszem kudłacze byli ważni dla tego zespołu, ale równie ważna była pozostała trójka, a przede wszystkim Jim Ward, wiecznie schowany w cieniu dwóch liderów, będący jednak siłą napędową zespołu. To on przecież łatał luki na koncertach, gdy Omar rzucał gitarą, to on dośpiewywał brakujące partie, gdy Cedric był w amoku. Sekcję też mieli świetną: Tony Hajjar i Paul Hinojos. Ludzi już mamy. Co następne? Może producent? Mieli takiego, który wycisnął z nich wszystko, co najlepsze. To Ross Robinson, facet od ściany dźwięków. Co poza tym? Szczęście, talent, pakt z diabłem, boska iskra? Różnie można to nazywać, ale oni też to mieli. I dlatego im się udało.

Ale co w tej płycie jest takiego niesamowitego? Przecież grano tak wcześniej, z nerwowym rytmem, z poszarpanymi gitarami, z neurotycznym głosem wokalisty. Emo tak kiedyś brzmiało. I oni te elementy połączyli i doprowadzili do perfekcji. Pierwszy przykład z brzegu, singlowe One Armed Scissor. Energia, energia i jeszcze raz energia. Moc inaczej mówiąc. I chwytliwość. Żadnych łoskotów, popiskiwań, zakręconych dźwięków, od których może rozboleć głowa. Jeśli energia mogłaby być zapisana nutami to wyszłaby ta płyta. Pierwsze pięć piosenek to mocny cios w szczękę, a to dopiero połowa płyty. Dalej jest spokojniej, ale i tak niesamowicie, bo każdy utwór ma coś zaskakującego, niesamowitego. O, Rolodex Propaganda, niby taki zwykły, ale zmusza do wstania z krzesła, tej muzyki nie da się słuchać na siedząco. Nie ma tu miejsca na medytację i kontemplację dźwięków. Tę płytę chłonie się całym sobą, nie da się usiedzieć na miejscu.

Chwilę ukojenia przynosi Non-Zero Possibility, które zapowiada to, co będzie robił Cedric z Omarem po rozpadzie zespołu, ale na szczęście da się tego posłuchać bez bólu uszu. Ukojenie było potrzebne, bo nie da się przyjąć takiej dawki energii na raz.

Co można zrobić po nagraniu płyty życia, płyty, której nigdy się nie przeskoczy? Można ciągnąć to dalej, będąc ciągle pod presją nagrania jeszcze lepszego albumu, albo dać sobie spokój i rozpaść się. Tę drugą drogę wybrali chłopaki z Teksasu. Rozpoczęli drugie muzyczne życie. Jedni lepsze, drudzy gorsze. A i tak ta płyta pozostała szczytem ich możliwości. I, mimo że od jej wydania minęło zaledwie osiem lat, jest już klasykiem, który powinien poznać każdy.



Ściągamy stąd
Kupujemy tu

3 sie 2008

Neil Young - Tonight's The Night (1975)

Lata 70. nie były szczęśliwe dla Neila Younga. Rozwód, narkotyki, śmierć przyjaciół. Nie ma mu czego zazdrościć. Ale gdyby nie to, to nie powstałyby arcydzieła, bo jak wiadomo, cierpiący artysta to dobry artysta. I dlatego Tonight’s the Night to jedna z jego najlepszych płyt.

Jeśli się chce poznać wszystkie oblicza Neila jako muzyka warto sięgnąć po tę płytę. Bo jest wszystko, co lubi. Akustyczności, country, rock, przesterowane gitary (choć nie aż tak, jak w późniejszych latach), blues. Wszystko to można znaleźć na tym krążku.

Nie jest to wesoła płyta, choć może czasem się taka zdawać, ale Neil lubi skontrastować pogodną muzykę z ponurymi tekstami. Są też piosenki prawdziwie smutne, jak Borrowed Tune (które ukradł Stonesom, posłuchajcie uważnie Lady Jane), ale czy można mu się dziwić, skoro jeden z jego przyjaciół, Danny Whitten, gitarzysta Crazy Horse (śpiewał w Come On Baby Let’s Go Downtown), właśnie przedawkował heroinę, a Neil nie mógł mu pomóc. Sam zresztą nie był w najlepszym stanie, co bardzo słychać, gdy śpiewa. Jest nieobecny, zachrypnięty, skacowany. Ale nie od dziś wiadomo, że wielkie płyty często powstają w innych stanach świadomości.

To też jedna z tych płyt, które w pewien sposób wyprzedziły swój czas. Gdy ją wydano, nie sprzedawała się dobrze, prawdę mówiąc, sprzedawała się bardzo źle. Doceniono ją dopiero po latach i wprowadzono do panteonu rockowych arcydzieł, gdzie powinna znajdować się od dawna.

Ściągamy stąd.

Kupujemy tu

31 lip 2008

Bam Bam - Bam Bam (2008)


Hablas español, señor? Nie? Ja też nie, ale nie jest to potrzebne, mimo że Bam Bam są z Meksyku. To znaczy jakieś teksty tam są, ale nie o nie chodzi. Nie chodzi też o to, że nie mają sensu, bo jakiś pewnie mają, choć, jak ktoś nazywa się Bam Bam, to można mieć co do tego (tekstów z sensem) wątpliwości. O, i tak wyszło mi strasznie skomplikowane zdanie. Na szczęście ich muzyka jest dużo prostsza.

I tym chwytem płynnie przechodzimy do tego, co nas najbardziej interesuje, czyli zawartości tego krążka. Meksykanie lubią posłuchać sobie rocka psychodelicznego, trochę Brytoli, trochę starego indie (nie pedalskiego, jak dziś), trochę space rocka (ostatni kawałek), no i trochę The Black Angels, ale tylko pierwszej płyty. Znaczy się psych-pop. Fajny psych-pop, z żeńskimi wokalami i w ogóle. Miodna płytka. Ale krótka: 26 minut i koniec (krótka płyta to i krótki tekst). Ledwo herbatę się skończy, a tu już trzeba puszczać od początku. Od początku, bo ta płytka uzależnia.


Mili Meksykanie z ich wytwórni dali na swojej stronie płytkę do ściągnięcia tutaj.