Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielcy kurwa zawsze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielcy kurwa zawsze. Pokaż wszystkie posty

28 wrz 2008

Air - Talkie Walkie (2004)

Oj niezłe manto dostało się francuzom po wydaniu albumu 10000 Hz Legend. Zarówno fani jak i krytycy zauroczeni genialnym Moon Safarii, spodziewali się zapewne innej płyty. Płyty będącej kontynuacją, tego jakże delikatnego i wysmakowanego sposobu muzycznego myślenia znanego z ich debiutu. A tym czasem zamiast raczyć nas ciepłymi melodiami, Nicolas Godin i JB Dunckel zaskoczyli wszystkich zupełnie nowym, surowszym brzmieniem i podejściem do swojej muzyki. Tak było w roku 2001.

Przenieśmy się jednak do roku 2004. Tym razem duet postanowił powrócić do korzeni, nagrywając po prostu dziesięć przepięknych, popowych piosenek, będących pewnego rodzaju kontynuacją tego co usłyszeć można na Księżycowym Safari. Jednak nie do końca. To co najbardziej rzuca się w oczy ( a raczej w uszy ) po pierwszym przesłuchaniu tego albumu to niesamowita prostota i oszczędność dźwięków. Trzeba jednak przyznać, że Francuzi w sposób umiejętny korzystają z tej skromnej palety muzycznych barw, a w dodatku do perfekcji opanowali zabawę nastrojem i stylem. W sposób płynny przechodzą z muzyki nasyconej erotyzmem do dźwięków absolutnie leniwych. Z jednej strony to co słychać z głośników urzeka subtelnością i smakiem, a z drugiej potrafi graniczyć z zamierzonym kiczem. Jeżeli chodzi o aranżacje niektóre kawałki zaskakują swymi pomysłami. Jednym z moich faworytów jest "Run" oparty na prostym, wokalnym loopie w czasie którego klimat utworu przechodzi ze swego rodzaju makabreski do onirycznego uniesienia za sprawą nakładających się na siebie "chóralnych" partii klawiszy. Warto też zwrócić uwagę na instrumentalny Alone In Kyoto, który został wykorzystany do filmu Sophie Copolli „Miedzy Słowami”. Kto wie czy to nie najmocniejszy punkt programu. Cicho plumkająca gitara na tle delikatnych elektronicznym sampli przeplatana dźwiękami fortepianu i dzwonków. Prawie pięciominutowa kwintesencja prostoty i piękna.

Prostotę widać nie tylko w muzyce ale także w tekstach. W rozbrajająco zwyczajny i delikatny sposób opowiadają o bliskości, uczuciach, emocjach i potrzebie bycia kochanym. Jak mówią sami jej autorzy „jest to płyta o miłości i związkach międzyludzkich". Podejście do tematu jest bardzo różne. Np w utworze "Biological", miłość obdarta jest z całej tej romantycznej otoczki i ogranicza się do stwierdzeń czysto naukowych, gdzie chemia między parą kochanków zredukowana jest tylko do stwierdzeń:

„XX, XY

That's why

it's you and me,

Your blood is red.

It’s beautiful”

Muzyka, jaką serwują nam panowie z Air, to taka elektronika z ludzką twarzą: ciepła, stonowana, nieco senna. Ujmujące harmonie, wpadające w ucho linie melodyczne, proste historie wyśpiewane po angielsku ale z francuskim akcentem...niby nic nadzwyczajnego a jednak potrafi wciągnąć. Jednak nie od razu. Myślę, że trzeba poświęcić tej płycie trochę czasu i uwagi aby urok poszczególnych kawałków owinął nas wokół siebie.


Do ściągnięcia:

http://rapidshare.com/files/68955821/Air_-_Talkie_Walkie.rar

Do kupienia:

http://merlin.pl/Talkie-Walkie_Air/browse/product/4,350362.html

15 wrz 2008

Roger Waters - The Pros and Cons of Hitch Hiking (1984)

Pozostańmy jeszcze przez chwilę u boku Rogera Watersa, przy odrobinie szczęścia być może uda nam się zapomnieć o przeszłości, o niechlubnych ekscesach, być może uda nm się oderwać zachłanne palce od etykietki Pink Floyd, być może zawędrujemy do krainy zaklinacza demonów, pogrążymy się w słodkim letargu, wiedząć, iż nic złego nas nie spotka. Wszak to tylko sen... 

Wydany w roku 1984 krążek "The Pros and Cons of Hitch Hiking" dotyczy właśnie sennych eskapad Watersa. W ciągu 42 minut odbywamy niezwykle kameralną podróż w kolejne fazy nocnych fantazji - począwszy od godziny 4:30 a skończywszy 5:11 - i nie bez kozery, rzekomo to właśnie w tym przedziale człowiek tkwi w najbardziej abstrakcyjnej fazie snu, obfitującej w liczne kolaże fragmentów zapamiętanej rzeczywistości z fantasmagoryczną arabeską. A sny samego Watersa? Cóż, są one swoistym przeglądem kontaktów podmiotu lirycznego z płcią piękną (vide sugestywna okładka). Pod względem muzycznym album jest naprawdę wyjątkowy - to niejako fuzja Cohena, swingu, makabrycznej operetki, muzyki filmowej i smętnego bluesa. Wszystko to - jakby jeszcze było malo - zalatuje naleciałościami swoistego słuchowiska. Rzecz jasna gdzieś tam pobrzmiewają nieśmiało echa Floydów, głównie z czasów "The Final Cut", co raczej nie powinno dziwić (ostatni labum z Watersem został wszak wydany rok wczesniej). Cała ta mieszanka stylistyczna stanowi danie nader smakowite, okraszone nader aromatycznimy przyprawami - Eric Clapton śmigający po gryfie swej gitary, Andy Newmark bębniący w niezwykle wyważony, apetycznie oszczędny sposób, cudowne partie saksofonu co i rusz gawędzącego z pianinem i hammondami. Ach, dane nam będzie także nacieszyć ucho wybornymi chórkami, które w mej sakromnej opinii zasługują na szczere uznanie. A sam Waters? Cóż, Waters czuje się w tak wspaniałej otoczce, niczym ryba w wodzie. Tajemniczy, z lekka oniryczny głos przechodzi w histeryczny śmiech szaleńca, innym razem władczy ton zamordysty przechodzi w nęcący szept... Ten facet naprawdę ma smykałkę do interpretacji tekstów (jakże intrygujących!). 

Panie Waters, chyba warto byłoby czasem spojrzeć za siebie, np do roku 1984. Zwłaszcza, że nęci pan nowym albumem, oj nęci. Cóż, nawet jeśli nie uda się panu wznieść na wyżyny... zawsze będzie można powrócić do sennych marzeń. Jest pan zdecydowanie bardziej intrygujący, gdy pan śpi.

Kaban

Kradniemy

Kupujemy

28 sie 2008

Bruce Springsteen - Nebraska (1982)

Na początku lat 80. Bruce Springsteen był na fali wznoszącej. Już po Born To Run, ale jeszcze przed Born In the U.S.A, które wyniosło go na sam szczyt. Jednak miał na tyle silną pozycją, że mógł pozwolić sobie na eksperyment, płytę, która zaskoczy fanów i krytyków, której formę powtórzy kilkanaście lat później na The Ghost of Tom Joad.

Tym zaskoczeniem jest ascetyzm brzmieniowy. Bruce znany z rozbudowanych aranżacji, pełnych rozmachu, wielości instrumentów, jest tu sam. Tylko on, gitara i harmonijka ustna. Przypomina to kogoś? Oczywiście wielkiego idola Bruce’a, Boba Dylana. I tak, jak u Dylana słowo jest ważniejsze niż muzyka. Nie zrozumcie mnie źle, w twórczości Springsteena słowa były zawsze ważne, ale tu wysuwa się na pierwszy plan.

Wszystko zaczyna się od utworu tytułowego, inspirowanego filmem Terrence’a Malicka o seryjnym mordercy i jego dziewczynie. Opowiedzianego z pierwszej osoby. Taki niespringsteenowy to utwór. Nie ma chwytliwej melodii, Bruce śpiewa delikatniej i wyżej niż zwykle. To znów ukłon w stronę Dylana.

Jednak Springsteen nie byłby sobą, gdyby nie napisał choć jednego hitu. To Atlantic City, opowieść o ludziach próbujących zmienić swoje życie. Znów Bruce’owa klasyka. I jaka moc. To jeden z najlepszych utworów napisanych przez Springsteena. Ciary gwarantowane. Szczególnie w refrenie spotęgowanym pogłosem, który charakteryzuje ten album.

Nebraska nie spodobała się przeciętnemu amerykańskiemu słuchaczowi, sprzedawała się słabo, ale krytycy ją docenili. Zresztą nie tylko oni. Dwie piosenki skowerował na swojej płycie nie kto inny, jak wielki Johnny Cash. Wziął Johnny’ego 99, szybkie country, znów o przestępcy i Highway Patrolman balladę o policjancie i jego bracie. A wszystko gończy gorzkie Reason to Believe.

Bruce jak zwykle sięgnął do historii zwykłych ludzi, ale tym razem sięgnął ciemnej strony życia, nie ma tu optymizmu płynące z Born to Run. Ludzie popełniają błędy, wcale nie są tacy dobrzy na jakich wyglądają, ukrywają mroczne sekrety, uciekają przed przeznaczeniem, ale także kochają, mają marzenia, starają się godnie żyć. O tym wszystkim śpiewa Bruce na Nebrasce. I robi to świetnie jak zawsze, a nawet jeszcze lepiej. Udało mu się nagrać płytę przewyższającą Born to Run.

Ściągamy stąd
Kupujemy tu

25 sie 2008

Marilyn Manson - Eat me, drink me (2007)



Dzisiejsza recenzja rozpoczyna serię Ku Przestrodze. Nie żebym planowała coś regularnego, ale taka perełka jaką wypluł Brian Warner aka Marilyn Manson wraz z kolegami, na pewno jeszcze kiedyś komuś się przytrafi i wyląduje tutaj. W każdym razie dziś odcinek pierwszy, którego główną i jedyną bohaterką jest Eat me, drink me. Pozwólcie ze zacznę od cytatu znalezionego przypadkiem w przepastnej internetowej sieci:
"Eat me, drink me przekonało mnie, że w tej kapeli wciąż tkwi Szatan". Chłopiec, który to napisał, a którego imienia nie będę ujawniać ze względu na ustawę o ochronie danych osobowych sami wiecie z kiedy, chyba pomylił szatana z ciocią Fredzią, wujciem Stachem bądź ich emoidalnym potomstwem. Ciocia Fredzia kojarzy wam się z kimś kto gustuje w aranżacji a' la Jerzy Połomski z dominującym, zbyt wyeksponowanym, nudnym, sztucznym i zawodzącym wokalem? A wujek Stachu z kimś kto lubi kiepskie, przydługie, męczące i oklepane solówki rodem płyt z Guns'n'roses? Emoidalne potomstwo z Tolą, Billem i tekstem "mamo, mamo gdzie moje żyletki"? 3 x tak??? No to już wiecie czego się spodziewać po tej płycie.

Manson w wywiadzie z Henry Rollinsem powiedział "this is propably the most autobiographic album which I created", a powinien powiedzieć: "this is absolutely the biggest shit which I created". Rozumiem kłopoty osobiste: rozwód i decyzja o tym z kim zostanie kot to trudny moment w życiu. Artystom w takich chwilach często zdarza się popadanie w nałogi: narkotyki, alkohol, pojawiają się także nieuzasadnione napady agresji, stany depresyjne, przypadkowy seks z nieletnimi groupies... Wszystko wskazywało na to, że po bezpłodnych latach Warner wyda w końcu coś co zaspokoi głód członków klubu adoracji Antychrysta. I wydał, niestety nie do końca o to chodziło.. :/

Za muzykę na krążku w pełni odpowiada Tim Skold i z tegoż powodu do każdego sprzedanego egzemplarza powinien być dołączony bilecik od Warnera z przeprosinami, wyrazami skruchy oraz obietnicą poprawy napisany osobiście i odręcznie, najlepiej piórem ze stalówką i gumką. O ile na Golden Age of Grotesque wszystko się jeszcze jakimś cudem trzymało kupy to tutaj wszystko przeszło głęboką metamorfozę i z tego czym było pierwotnie stało się..kupą.

Według pierwszych i niejednorazowych zapewnień i przecieków EMDM miało być mroczne, ciężkie naładowane mocą. Według kolejnych jak wcześniej tyle, że pojawił się zarys tego czego spodziewać sie ze strony lirycznej wymowy albumu, wiecie: katharsis, te sprawy. Potem świat ujrzały sprzeczne zeznania, a jeszcze później niestety ukazała się ta płyta. Wyszło miałkie granie grubo poniżej średniej. Muzycznie zbyt lekko, niby rockowo, ale bardziej do Eski Rock to się nadaje niż do porządnego winampa. Tekstowo porażka. A jako że panowie z MM skorzy do rachunku sumienia nie są to ja go zrobię za nich.

Plan chyba był taki, że w cały ten mroczny nastrój wprowadzać miał słuchaczy pierwszy numer pod prawie gotyckobrzmiącym tytułem If I Was Your Vampire. Plan nie wypalił. Kawałek, jak na pierwszy w kolejności, dobrany kiepsko. Co prawda przyjemnie zalatuje Holy Wood, ale od 3 minuty po głowie słuchacza tuła się myśl "ok, ok, a gdzie ta moc?!". Nie trwa to zbyt wiele czasu bo w połowie piątej minuty przychodzi druga myśl "kurwa, długo to się będzie jeszcze ciągnąć?!". I tak o to stosunkowo przeciętny kawałek zamienia się w katorgę dla słuchacza podrasowywaną jeszcze solowymi wyczynami Skolda na gitarze, ale o tym potem.
Piosenka numer dwa to piękna historia kochającego faceta, który jednak jest trochę rozgoryczony faktem iż uczucia jego kobiety nie są zbyt trwałe. Wzruszające, wolę jednak słuchać o kobietach, które podmiot liryczny, utożsamiany z autorem, miał kiedyś ochotę spalić żywcem wraz z całym ich dobytkiem. Solówka w stylu "jeżdżę se po gryfie" doszczętnie niszczy ideę ładnej, romantycznej ballady.
Boys are all dressed up like a mediocre suicide omen.. Tutaj chyba mamy do czynienia z opisem standardów odzieżowych entuzjastów produkcji tej płycie podobnych. Brzmienie utworu lekkie i przyjemne, fajna pozytywna gitarka w zwrotkach. Tekstowo: megabeznadziejna opowieść o czerwonym nielocie. Solówka Skolda.
Kolejne cudeńko z tej płyty wita nas nosowym brzmieniem głosu wokalisty, który de facto fałszuje coraz częściej. Nie leczyło się chorych zatok, a fani muszą cierpieć. Darcie w refrenie bardziej jak wrzaski na oddziale położniczym niż jak próba rozłożenia akcentów. Skold.
Piąteczka to Just a Car Crash Away. Dramatycznie, melancholijnie i jakże nieskomplikowanie. Może poza solówka Skolda, który po raz kolejny daje popis swoich umiejętności w najmniej pożądanym miejscu i czasie. Chociaż to rozbudowanie i urozmaicenie w porównaniu z warstwą tekstową rzeczywiście zasługuje na uwagę. Zachciało się drugiego Fundamentally Loathsome i oczywiście nie wyszło.
Singel promujący którego tytuł sobie daruje, bo jest idiotyczny. Cukierkowo, że aż mdli. Nawet krew z teledysku nie pomaga. Gdy tego słuchałam po raz pierwszy miałam nadzieję, że w refrenie wróci stary dobry Warner i obsika jakiś przydrożny krzyż. Słuchałam, słuchałam, a tu tylko te organki..
Evidence. Jakby odrzut z GAoG. W porównaniu z resztą utworów do tej pory omówionych daje radę. Chociaż jak już o pieprzeniu, to następnym razem poproszę z klasą na poziomie User Friendly albo Para - noir. Największa wada tego utworu to.. Nigdy nie zgadniecie.. Delikatnie się wyrażając: irytująca solówka Skolda.
Doszliśmy do pozycji nr osiem. To Are you The Rabbit? Początek: prawie krzyk radości "Manson żyje!" i wszystko fajnie do pierwszego refrenu, w którym wokal zdycha. To nawet nie są jęki potępieńcze, raczej psie ujadanie. Muzycznie, aż do solówki, w pełni satysfakcjonująco.
W akcie desperacji puściłam wodze fantazji przy interpretacji tekstu Mutilation Is The Most Sincere Form Of Flattery traktując go jak ostatnią deskę ratunku. Deska okazała sie brzytwą, bo kawałek jest niczym innym jak tylko przywołaniem poglądów i twierdzeń wygłoszonych już wcześniej. W kiepskim stylu na dodatek.
You And Me And The Devil Makes 3. Skold wyjątkowo milcząco . NARESZCIE!!! Stylistycznie dziesiątka odstaje od reszty. Znów jest elektronicznie, głośno, czuć chaos w powietrzu, a Manson mówi szeptem. Nie zgwałciło mnie to mentalnie, ale to JEDYNY zdatny do słuchania długofalowego utwór na ETDM. Tekst jest jaki jest. Ale przynajmniej bez romantycznych bredni.
Tytułowy utwór. Niech sobie będzie. Pogorszyć sytuację tej płyty trudno, czymś tak nie wyraźnym polepszyć się jej nie da. Ładna melodyjka z dziwnie brzmiącym wokalem i tyle.

Żeby zakończyć: to bardzo nieudany eksperyment socjologiczny, fatalny materiał na nowe sceniczne dzieło sztuki i kiepski chwyt marketingowy. Na szczęście Twiggy Ramirez wraca do domciu, więc nie tracę wiary, że MM odrodzi się z popiołów. Chłopak pokomponuje i wyjdą na prostą. Niech się tylko Warner weźmie wreszcie w garść. Proponuję odwyk. Albo cokolwiek... Niech idzie po radę do jakiegoś starego kumpla. Byle nie do Reznora, bo już mi niedobrze od tego ich hate - love.
Co do Skolda (DO WORA LAMO!!!) to niech go Axel Rose przygarnie, albo niech zniknie ze sceny raz na zawsze..

Ps. Miałam problem z etykietą.. Biorąc pod uwagę poziom tej płyty to powinno być wielcy wczoraj, ale, kurwa, nie mogłam tego wpisać ;)

Ściągamy stąd
Kupujemy tu

11 sie 2008

The Beatles – Revolver (1966)

The Beatles, prawdopodobnie najpopularniejszy zespół w historii muzyki popularnej. Problem w tym, że wszyscy znają Beatlesów, ale nikt ich nie słucha. A jeśli ktoś zna Beatlesów ze środków masowego przekazu to nie zna ich w ogóle. Radio i TV od lat krzywdzą wizerunek tego zespołu, promując głównie piosenki z wczesnego okresu, skomponowane dla piszczących nastolatek. Nie są to złe piosenki, ale The Fab Four mają o wiele ciekawszą muzykę do zaoferowania.

Wszystko zaczęło się w roku 1966, kiedy Beatlesi porzucili garnitury, zapuścili włosy i zaczęli palić trawę. Nagrali wtedy album „Rubber Soul”. Nie powstał on tylko z palenia trawy, już poprzedni album, „Help!” zapowiadał nadchodzące zmiany. Najbardziej istotne było to, że zaczęli grać głównie dla siebie, a nie dla fanów. Stopniowo odsuwali na bok modny muzyczny fason z lat 60-tych i zapatrywali się w inną muzykę. W 1966 roku nagrali jeszcze jeden album, „Revolver”. Wraz z nim wybucha nowa era Beatlesów. Za rok nagrają słynny „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”.

„Revolver” zaczyna się od mocnego Taxman Georga Harrisona. Beatlesi jeszcze nigdy nie brzmieli tak agresywnie i potężnie jak w tej piosence. Następnie pierwszy eksperyment, znana Eleonor Rigby, potem I’m Only Sleeping z bardzo ciekawą progresją akordów, trochę indyjskiej muzyki w Love You To, przyjemne Here, There and Everywhere i znane i lubiane Yellow Submarine. Kolejny kawałek to mój ulubiony. She Said, She Said, piękne, mocne, innowacyjne, po prostu genialny utwór. Wspomnę jeszcze o Doctor Robert, świetna gitarowa piosenka, fantastyczne Got to Get You Into My Life, a na koniec niezwykłe Tomorrow Never Knows, w tej piosence podobno słychać duchy! Album jest naprawdę ciekawy i zróżnicowany.

Wszystko to jest pięknie nagrane. Od połowy lat 60-tych Beatlesi i ich inżynierowie byli pionierami we wprowadzaniu nowych technik nagrywania, na próżno szukać innych tak czystych i świetnie brzmiących nagrań z tego okresu. Tomorrow Never Knows to szczytowe osiągnięcie w eksperymentach studyjnych. Pamiętajcie, że nie było wtedy komputerów i żeby uzyskać takie efekty trzeba było kręcić wieloma gałkami, przełączać masę kabli, a może nawet coś lutować ;) .

winyl

CD

mp3

8 sie 2008

Lauryn Hill - The Miseducation of Lauryn Hill (1998)

Zawsze z pewną obawą recenzuję płyty, które przez lata zdążyły wejść już do kanonu muzyki jako legendarne, ponadczasowe, niezwykłe. Ten debiutancki album byłej (niestety) członkini zespołu The Fuuges zawędrował bowiem na sam szczyt. Drugie miejsce na liście Entertainment Weekly, czołówka Billboardu, miliony sprzedanych egzemplarzy, pięć nagród Grammy. Ciągle zastanawiam się, jak ta drobna Afroamerykanka z wielkim głosem i jeszcze większym sercem mogła tego dokonać.


Przepis na piękny soulowy album niełatwo podać. Podobno wystarczy odpowiednio silny i zmysłowy głos, dobrzy producenci, poruszające teksty i voila. Dla mnie jednak, jako wielkiej fanki tego gatunku, trzeba czegoś więcej. Iskry, wypełniającej całe ciało i serce słuchacza. Uprzedzę Was: Lauryn dała na tym albumie nie iskrę, ale ogromny ogień.


Cieszy fakt, że mimo swoich nadzwyczajnych zdolności wokalnych, nie zapomina o tym, jak świetną jest raperką. Singlowe pozytywne i skoczne Doo Woop (That Thing), udowadnia, że artystka potrafi pięknie skomponować obydwie strony swojej natury. Zresztą nie tylko tu L-Boogie oddaje cześć swoim korzeniom. Wychowana na muzyce Boba Marleya sampluje legendarnego Rastafariana w utworze Forgive Them Father. Nie brakuje miłości, można wręcz powiedzieć, że miłość ocieka z niemal każdego utworu. Miłość do mężczyzny, dziecka, muzyki. Tę pierwszą najpiękniej oddaje kolejny singlowy numer Ex-Factor. Utwór tak piękny, bolesny i poruszający, że niemal wyrywa serce. Zresztą o emocje Lauryn zadbała znakomicie, wraz z zaproszonymi do studia goścmi- genialną artystką Mary J. Blige, D’Angelo, oraz przygrywającym w To Zion Carlosem Santaną. Gości mało, za to wszyscy trzej znakomici, chociaż jestem pewna, że i bez nich Hill poradziłaby sobie znakomicie. Odpowiada za produkcję wszystkich piosenek, teksty i niektóre instrumenty. Coveruje ( Can’t Take My Eyes Off Of You z repertuaru Frankie Valli), sampluje (Light My Fire grupy The Doors w utworze Superstar), interpretuje muzykę na swój sposób, zachwyca.
Można nie lubić czarnego grania, aczkolwiek tej płyty nie znać nie wypada.
Poznajcie więc Miss Hill, niech i Was urzeknie legenda sprzed lat:

A kiedy już urzeknie, kupcie album:

3 sie 2008

Neil Young - Tonight's The Night (1975)

Lata 70. nie były szczęśliwe dla Neila Younga. Rozwód, narkotyki, śmierć przyjaciół. Nie ma mu czego zazdrościć. Ale gdyby nie to, to nie powstałyby arcydzieła, bo jak wiadomo, cierpiący artysta to dobry artysta. I dlatego Tonight’s the Night to jedna z jego najlepszych płyt.

Jeśli się chce poznać wszystkie oblicza Neila jako muzyka warto sięgnąć po tę płytę. Bo jest wszystko, co lubi. Akustyczności, country, rock, przesterowane gitary (choć nie aż tak, jak w późniejszych latach), blues. Wszystko to można znaleźć na tym krążku.

Nie jest to wesoła płyta, choć może czasem się taka zdawać, ale Neil lubi skontrastować pogodną muzykę z ponurymi tekstami. Są też piosenki prawdziwie smutne, jak Borrowed Tune (które ukradł Stonesom, posłuchajcie uważnie Lady Jane), ale czy można mu się dziwić, skoro jeden z jego przyjaciół, Danny Whitten, gitarzysta Crazy Horse (śpiewał w Come On Baby Let’s Go Downtown), właśnie przedawkował heroinę, a Neil nie mógł mu pomóc. Sam zresztą nie był w najlepszym stanie, co bardzo słychać, gdy śpiewa. Jest nieobecny, zachrypnięty, skacowany. Ale nie od dziś wiadomo, że wielkie płyty często powstają w innych stanach świadomości.

To też jedna z tych płyt, które w pewien sposób wyprzedziły swój czas. Gdy ją wydano, nie sprzedawała się dobrze, prawdę mówiąc, sprzedawała się bardzo źle. Doceniono ją dopiero po latach i wprowadzono do panteonu rockowych arcydzieł, gdzie powinna znajdować się od dawna.

Ściągamy stąd.

Kupujemy tu

2 sie 2008

Nine Inch Nails - The Slip (2008)


Na początku bóg stworzył teksty. Wszystko inne było bezładem wymagającym odsłuchania i mnóstwa pracy, ale duch boży czuwał nad sprzętem. Tak upłynął wieczór i poranek-dzień pierwszy.
A potem bóg rzekł: "Niech zadziała konsoleta mikserska i sequencer, żeby mogły się godnie połączyć wszystkie ślady w jeden sygnał stereofoniczny, tak by je ominęły błędy aranżacyjne i loudless war". I tak upłynął wieczór i poranek - dzień drugi.
A potem bóg rzekł: "Niech w gotowości staną korektory, kompresory i limitery dźwiękowe". A gdy tak się stało ukończył mastering, po którym wiedział, że wszystko co stworzył jest dobre. I tak upłynął itd. - dzień trzeci.
A potem bóg przekręcił do Roba Sheridana i wzięli się za artworka. I powstały obrazki, (najpierw do znalezienia w przepastnej sieci, później na kartach książeczki dołączonej do fizycznego wydania albumu), aby cieszyły oko fana. A wiedział bóg, że były dobre.I tak upłynął dzień czwarty.
A gdy bóg ukończył swe dzieło w dniu 5 maja 2008 wrzucił je na www.nin.com i napisał: "Click HERE to get the new full-length nine inch nails record: The Slip, (thank you for your continued and loyal support over the years - this one's on me)", po czym dodał: "we encourage you to remix it, share it with your friends, post it on your blog, play it on your podcast, give it to strangers, etc."

Tak oto , po dwóch miesiącach od ukazania się na rynku Ghost I-IV, Trent Reznor, założyciel i jedyny stały członek Nine Inch Nails, obdarował swoich fanów nowym albumem, dostępnym za darmo pod wspomnianym już adresem. Co prawda fizycznie niedotykalnym, ale w 4 formatach do wyboru, a od 22 lipca dostępną na Amazonie, limitowaną edycją do przytulania przed snem oraz w wersją winylową płyty do kupienia tutaj: http://www.amazon.com/exec/obidos/ASIN/B001B71NOI/echthesou-20 http://www.amazon.com/exec/obidos/ASIN/B001B71NPC/echthesou-20

Efekty kilkudniowego maratonu są średnie. Nad całym wydawnictwem unosi się przyjemny zapaszek poprzednich produkcji, czasem tylko jest on zbyt intensywny. Intro daje nadzieję, wyłaniający się z niego 1, 000, 000, 000 jej nie odbiera. Pierwsza zwrotka wita słuchacza dobrze znanym i lubianym, aczkolwiek niekoniecznie chętnie słyszanym po raz kolejny, "hands and knees" z With Teeth. Prawdziwy pesymizm pojawia się dopiero przy okazji kolejnego utworu, jak na razie jedynego singla - Discipline - obecnego w eterze już w czasie nagrywania albumu. W stylu Only, tyle, że brzmi gorzej. Dark masochist - disco pojawia się, jak dla mnie, ni z gruszki ni z pietruszki. Nie ukrywam, że dopiero dzięki nagraniu z rehearsale udało mi się zaakceptować dyscyplinkę: http://pl.youtube.com/watch?v=fQe2Eo8NwM4
Na domówkę idealne, w polskich klubach raczej nie będzie nam dane go usłyszeć. Głównie ze względu na całą resztę, która nie pozwala zakwalifikować albumu na inną półkę niż industrial rock, a przecież tam dj'e zaglądają rzadko. Przyjemnym akcentem jest Echoplex z automatem perkusyjnym i zabójczo uroczym 'oh lalalalala' w tle. Head Down to po pierwsze brudne, elektroniczne wstawki, ociekające tłustym brzmieniem gitary nowego-starego kumpla Reznora z NIN, pana Robina Fincka (powrót po przerwie). Po drugie: agresywny wokal w zwrotce, który pozwala liczyć na wrzask w refrenie. Tutaj można się przekonać o tym, jak łatwo się przeliczyć, bo zamiast wrzasku słyszymy The Line begins to Blur. Nie zmienia to faktu, że HD jest świetnym, wypełnionym masą energii numerem. Mimo to polecam Letting you na poranny rozbudzacz. Jeśli on wam nie da kopa na początek dnia, proponuję nie wstawać z łóżka tylko włączyć Lights in the Sky. Szeptano-śpiewany utwór w klimacie stillowym sprawdza się też wieczorową porą. Jest niewyraźnie, smętnie, pięknie. Poza tym stanowi on idealny wstęp do Corona Radiata, która jest perełką. Interpretacja tytułu dowolna (wieniec promienisty otaczający komórkę jajową przed zapłodnieniem/korona słoneczna/część istoty białej mózgu), i tak ambientowe brzmienie przenosi w inny wymiar na 7.33 min. Uwaga: pojawiają się skojarzenia z filmami Lyncha. Takim soundtrackiem by na pewno nie pogardził. Kociaki robią wrażenie. Następny w kolejce czeka na nas instrumental The Four of us are Dying . Nie ma co się rozpisywać: słuchać za dnia i SŁUCHAĆ nocą. Klimatyczne. Kończący wszystko Demon Seed ma w sobie coś, co urzeka i powala na kolana. Nie wiem czy to ta przesterowana gitara, perkusja czy tekst, ale zakochałam się od pierwszego usłyszenia.

Podsumowując, skład Reznor, Finck, Cortini i Freese zafundowali nam przyzwoite Halo 27, momentami brudne, w gruncie rzeczy grzeczne. Szkoda, że zaledwie dziesięć utworów w sobie mieści. Bóg trzyma poziom, a to co powiedział o swoim dziele jest ważniejsze od każdej recenzji jaka powstała i kiedykolwiek powstanie:
The Slip is what it is - it's not The Fragile or YZ or anything else. The songs are in the order they are because that's the way I wanted it to be. It was done the way it was done because that's the way I wanted it to be. When every record I've done comes out, a chorus of naysayers appear bitching about it not sounding like what they expect it to. The record has been out for what, four days now? If you don't like it, don't listen to the fucker.

31 lip 2008

Elvis Presley – The Sun Sessions (1954 - 1955)

A raczej Elvis Presley and Scotty Moore, bo to przede wszystkim Scotty (gitara) nadaje tempa starym piosenkom wykonywanym na Sun Sessions. Jego styl wyróżnia się spośród innych wioślarzy z lat 50-tych (np. Duane Eddy), ma znacznie więcej luzu. Scotty Moore to odpowiedź na pytanie skąd młodzi Beatlesi brali pomysły na takie piosenki jak np. Don’t Bother Me z drugiego albumu. The Rolling Stones też dużo mu zawdzięczają.
Wokal Elvisa jest naprawdę wyśmienity.

Nagrania pochodzą z lat 1954 – 1955, kiedy Elvis zaczynał karierę, był wtedy jeszcze całkiem zwyczajną osobą. Piosenki z Sun Sessions były sporadycznie grane w radiu, w całości wydane zostały dopiero 20 lat później.

Na zdjęciu z tyłu od lewej: Elvis Presley, Bill Black (bas) i Scotty Moore(gitara). Brakuje D.J. Fontana (perkusja).

Link:

http://rapidshare.com/files/133769145/The_Sun_Sessions.rar.html

Dodam, że długo szukałem tego albumu w sieci ;). W Polsce trudno znaleźć go w sklepie.
Na próbkę That’s Allright (Mama), bardzo popularny (swego czasu) utwór:
http://www.sendspace.com/file/r5c4uu