Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paulina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paulina. Pokaż wszystkie posty

21 wrz 2008

The Last 3 Lines - You Are A Deep Forest (2008)

Dzisiaj będzie szybko i konkretnie, bo i o samym zespole niewiele mi wiadomo. Kwintet: jedna kobieta i czterech mężczyzn. Nazywają się The Last 3 Lines i pochodzą z Barcelony. Nagrali świetny, pełen energii i czadu rockowy album, który jest lepszy od wielu innych rozreklamowanych płyt artystów z bardziej znaną marką. Z pewnością gdyby pochodzili z Wielkiej Brytanii, już dawno usłyszałby o nich cały świat. Ale usłyszy tak czy siak, mam taką nadzieję. Dlatego dziś postanowiłam przysłużyć się temu szczytnemu celowi i polecam Wam płytę "You are a deep forest". Znajdziecie tu bardzo żywiołowe kawałki, okraszone zarówno inspiracjami klasycznym rockiem jak i może zbyt nadużywanym dziś post punkiem. Ale nadużyć tu niewiele. Mój ulubiony kawałek? Myrriana.
Jaki będzie Twój ulubiony kawałek? Przekonaj się sam(a).
Linka do kupienia nie podam, bo kupić się na razie nigdzie nie da.

8 wrz 2008

Atlas Sound - Let the Blind Lead Those Who Can See but Cannot Feel (2008)

Dzisiaj polecam płytę dziwną. Dziwną, bo wymykającą się wszelkim regułom. Nie ma tu zwyczajnych piosenek z trzema zwrotkami, z wstawionym od czasu do czasu bridge'm i mniej lub bardziej mądrymi słowami. Nie znajdziecie żadnego przebojowego kawałka z refrenem, który będzie można sobie nucić pod prysznicem. Nie jest to płyta do słuchania przy nauce, sprzątaniu czy zasypianiu. Czym więc jest?
Ano, trudno to stwierdzić. Jakiekolwiek próby zaszufladkowania, a to do shoegaze'u, electronic czy też ambientu, nie będą nigdy do końca odpowiadały temu, co na płycie możemy usłyszeć. A usłyszeć możemy naprawdę dziwaczną i psychodeliczną kombinację. Całość sprawia czasami wrażenie dość przypadkowej mieszanki, jednak w tym chaosie dźwięków i nieco niedbałym wokalu jest pewne magnetyczne przyciąganie. Sprawia ono, że płyty ma ochotę się słuchać i słuchać, pomimo całego dziwactwa, jakie zawiera w swoich czternastu kawałkach.
Być może to sprawka charyzmatycznego Bradforda Coxa. Atlas Sound to solowy projekt tego artysty, który znany jest przede wszystkim z zespołu Deerhunter. Bradford cierpi na zespół Marfana, chorobę z dość poważnymi objawami. Na tę przypadłość chorowali prawdopodobnie Rachmaninow, Paganini czy Robert Johnson, więc jeśli mielibyśmy zabawić się w teorie spiskowe to owa choroba dotyka ona muzyków hipnotyzujących, związanych z okultyzmem czy podejrzewanych o konszachty z samym diabłem. Może więc i Cox ma jakąś nadprzyrodzoną moc? Sam artysta twierdzi, że chciał stworzyć nawiedzoną płytę. I już w pierwszym kawałku mamy opowiastkę o duchach. W innych piosenkach pojawiają się refleksje na temat śmierci, nawiązania do portorykańskich legend lub opisy losów dzieci chorych na AIDS, o których Cox przeczytał kiedyś artykuł. Są też wątki autobiograficzne - piosenki poświęcone młodości artysty, doświadczeniach z narkotykami, nieszczęśliwej miłości oraz... rodzinnym wycieczkom na plażę w okolicach świąt Bożego Narodzenia.
Skomplikowana sprawa z tą płytą. Nie ma melodii, które zostają w głowie. Nie jest to rzecz łatwa w odbiorze. Warto jednak ściągnąć i przekonać się o tym samodzielnie. Od siebie mogę dodać tylko tyle, że byłam sceptycznie nastawiona do tego materiału, ale już po pierwszym przesłuchaniu musiałam przyznać, że moje obawy były niesłuszne. Jeśli ktoś będzie miał podobne odczucia, może także odwiedzić blog pana Coxa, gdzie umieszcza on masę nowych piosenek oraz filmów związanych z Atlas Sound oraz jego innymi projektami. A teraz - dajmy poprowadzić się tym, którzy nie widzą!

Ściągnij: http://www.mediafire.com/?esdlw1ul0ve
Kup: http://www.fan.pl/katalog/p91278420_atlas_sound_let_the_blind_lead.html

2 wrz 2008

Jakob Dylan - Seeing Things (2008)

Jakob Dylan to osobnik obdarzony ciekawą barwą głosu i przyjemną aparycją. Urodził się 9 grudnia 1969 roku w Nowym Jorku. Równo 20 lat temu założył zespół The Wallflowers. Nagrał wraz z nim pięć płyt studyjnych. Jedne okazywały się porażkami, inne pokrywały się poczwórną platyną, jeszcze inne kiepsko się sprzedawały, ale miały dobre recenzje. Bywało więc różnie. Do 2008 roku, kiedy to lider zespołu zawiesił jego działalność. Fani mogliby oburzyć się na to stwierdzenie, ale ja jestem panu Dylanowi za to całkiem wdzięczna.
A to dlaczego? Bo dzięki temu mamy okazję do posłuchania pięknej i intymnej płyty. Oszczędnej w środkach artystycznych, bo głównymi instrumentami są tu głos i gitara akustyczna. Dla Jakoba była ona nie lada wyzwaniem, ponieważ po raz pierwszy wyszedł z "kryjówki", jaką stworzył sobie w zespole i nagrał płytę pod swoim imieniem i nazwiskiem (ale o tym później). Przy takim przełomowym momencie w karierze warto podjąć współpracę z kimś, kto zna się na rzeczy. Wybór Jakoba padł na Ricka Rubina. Marka prawie tak pewna jak Timbaland ;). Owoc ich współpracy to kilkanaście utworów utrzymanych w raczej refleksyjnym tonie, co zapowiada już pierwsza piosenka Evil is alive and well (dowiedziałam się przy okazji, że jest to gra słów, często mówi się bowiem, że to "Elvis is alive and well"). Ale znajdzie się i parę weselszych akcentów, sam autor radzi wsłuchiwać się dokładnie w teksty.
Fani Bruce'a Springsteena po przesłuchaniu tej płyty będą zadowoleni. Wielbiciele dziadzia Cohena także odnajdą się w tym repertuarze. To zmusza słuchacza do dość ciekawej refleksji: Jakob Dylan ucieka w cień tych artystów, którzy z kolei starali się wydostać z cienia... innego Dylana. Tak jest, kto jeszcze tego nie wie, ten niech się dowie: Jakob Dylan to najmłodszy syn TEGO Dylana. Robiąc krótkie rozeznanie w sieci, nie udało mi się trafić na żadną recenzję "Seeing Things", w której nie byłoby wzmianki o słynnym tacie. Ja postanowiłam o tyle ulżyć Jakobowi, że o jego ojczulku wspomniałam na samym końcu. Pociecha Boba nie lubi, gdy w wywiadach czy artykułach dokonuje się porównań dokonań obydwu artystów. Moim zdaniem jest to zresztą bezsensowne. Bob to Bob a muzyka Jakoba obroniłaby się i bez "pleców" od taty. Co sądzi o tym sam zainteresowany? "Nie sądzę, by ktokolwiek mógł mu dorównać, a prawdę powiedziawszy uważam, że nikt nawet nie powinien tego próbować". Nic dodać, nic ująć.

Posłuchaj: http://rs181.rapidshare.com/files/120175238/Jakob_Dylan-Seeing_Things-2008-WALLFLOWRES.zip
Kup: http://merlin.pl/Seeing-Things-Digipack_Jakob-Dylan/browse/product/4,595225.html

25 sie 2008

Gravenhurst - Fires in Distant Buildings (2005)

Podczas jednej z bezsennych letnich nocy spędzonych na oglądaniu MTV2 trafiłam na oto taki teledysk - http://www.youtube.com/watch?v=LaYPmG6ZOWg. Ludowym zwyczajem, jeśli zasłyszę coś fajnego w tym MTV, spisuję sobie nazwę na karteczce i potem sprawdzam w internecie. Tak było i tym razem. Trafiłam na dość mało znany zespół o nazwie Gravenhurst. Projekt ten kręci się wokół songwritera, producenta i multi-instrumentalisty Nicka Talbota. Coś Wam to mówi? Oczywiście, że nie. Mnie szczerze mówiąc też nie mówiło nic. Jednak zespół zdążył już wyrobić sobie stosowną renomę w Europie, występując obok takich gwiazd jak Maximo Park, Explosions in the Sky czy na słynnych festiwalach Pukkelpop czy Primavera Sound.
Ale przejdźmy do sedna. Płyta ma w sobie coś, co sprawiło, że po pierwszym przesłuchaniu natychmiast włączyłam ją znowu. Hipnotyzujący klimat? Może. I nastrój, który wyjątkowo dobrze skomponował się z moim. Cały materiał urzeka muzycznie i intryguje lirycznie, dlatego podczas mojej krótkiej analizy całej płyty skupiłam się przede wszystkim na tekstach.
Płytę otwiera "Down River" - mroczny klimat, oszczędność środków zarówno w warstwie instrumentalnej (minimalistyczny, ale ciężki jednocześnie riff) oraz wokalnej (cicho wyśpiewane kilkanaście wersów). Kolejny utwór to "Velvet Cell". To właśnie ta piosenka zwabiła mnie pięknym teledyskiem i skusiła do zainteresowania się Gravenhurst. Zawiera dość makabryczne przesłanie To understand the killer I must become the killer. And I don't need this violence anymore but now I've tasted hatred I want more. A wszystko w niepozornej (na "pierwszy rzut ucha"), popularnej dla naśladowców post-punkowców stylistyce. Ten numer ma potencjał na zostanie hymnem zbuntowanej młodzieży. W "Animals" wokalnie jest nieco łagodniej, ale ponury klimat (zresztą, It's England on a Saturday night) w warstwie tekstowej wciąż jest obecny. Przy fragmencie Take me to the river, I want to feel the water, Closing in and helpless as you're pushing my head under nawet początkującym interpretatorom piosenek od razu nasuwają się proste skojarzenia. W "Nicole" Gravenhurst oszczędza nas trochę i spuszcza z samobójczego tonu a całość jest bardziej refleksyjna. Potem "Velvet Cell Reprise", które przerywa pozorny, pięciominutowy spokój poprzedniego kawałka. Właściwie to prezent dla miłośników klimatów z singla. "Cities Beneath The Sea" to kolejny intrygujący tekst. Jest dość ciekawą wariacją na temat życia po śmierci, w każdym razie bardziej trafiającą do mnie niż lejdipankowskie "Zostawcie Titanica" (żenujący żart prowadzącego). "Song From Under The Arches" zdradza intencje, o których spekulowałam już przy "Animals" a także ujawnia post-rockowe ambicje zespołu. "See My Friends" - zespół zadbał, żeby zaserwować nam trochę smutku na "do widzenia". Chociaż jest i tam element optymistyczny, ale nazwanie tego optymizmem jest nieco na wyrost i w sensie "nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej". Zawsze to coś.
Ogólnie rzecz biorąc, jest to pierwsze wydawnictwo tego zespołu, z jakim miałam do czynienia. Z racji, że zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie, z pewnością sięgnę po resztę płyt (a mają ich jeszcze trzy). Nie wiem, skąd w panach tyle trosk, bo gdybym ja nagrywała równie dobre utwory to byłabym przeszczęśliwa, ale jeśli właśnie te nieszczęśliwe klimaty powodują, że Gravenhurst brzmi tak zgrabnie, niech im będzie. Czyli ogólnie mówiąc, z Gravenhurst smucimy się na poziomie.

Ściągnij: http://rapidshare.com/files/138865122/Gravenhurst_-_Fires_in_Distant_Buildings.rar.html
Kup: http://www.cduniverse.com/productinfo.asp?pid=6936729

21 sie 2008

Goldfrapp - Felt Mountain (2000)

Choć pochodziła z zamożnej rodziny, w wieku 17 lat uciekła z domu i zamieszkała w squacie. Złe towarzystwo, alkohol, narkotyki. Dodatkiem ekstra, choć niekoniecznie prawdziwym, do jej biografii są wzmianki o kradzieżach samochodów i wąchaniu kleju. O kim mowa? O Alison Goldfrapp, 1/2 angielskiego duetu Goldfrapp.
Przed spotkaniem z Willem Gregorym, Alison wiodła dość burzliwe życie, niekoniecznie spełniając się zawodowo (wówczas jej kariera stanowiła głównie występy gościnne u innych gwiazd, m.in. Tricky'ego). Współpraca z tak ekscentryczną kobietą mogłaby wydawać się bardzo trudna, jednak efekty podziwiamy wszyscy - i możemy śmiało przyznać, że panu Gregory'emu udało się "poskromić złośnicę".
Pierwszym wspólnym kawałkiem Willa i Alison był "Human". Powstał jeszcze zanim duet zaczął myśleć o nagraniu wspólnej płyty. Piosenka w ostatecznym brzmieniu spokojnie mogłaby promować film o agencie 007. W pięknym, hipnotyzującym klimacie zatopić się można dzięki takim utworom jak "Pilots" czy "Lovely Head" (utwór otwierający płytę i promujący ją jako pierwszy singiel, esencja tego, co w krążku najlepsze). Na płycie znajduje się dziewięć kawałków i nie wydaje mi się zasadne pisanie o każdym z osobna. Na pewno warto zwrócić uwagę na "Felt Mountain" i "Utopia". W "Utopii" istotną rolę gra syntezator i tej roli należałby się muzyczny odpowiednik Oscara. "Felt Mountain" to z kolei popis najlepszego instrumentu na całej płycie - głosu Alison Goldfrapp.
Album jest zmysłowym koktajlem dźwięków: od nieco niepokojących (duchy?) do tych rozbudzających wyobraźnię. To, co się dzieje na tej płycie, jest na tyle trudne do ogarnięcia i opisania, że ciężko jakoś zgrabnie podsumować całość. Jeśli jednak miałabym opisać "Felt Mountain" w kilku słowach, użyłabym określeń: marzycielska, elektroniczna, filmowa (bajkowa? ale to byłaby taka bajka dla dużych dzieci). Recenzenci uwielbiają porównywać tą płytę z dokonaniami Portishead, ale wynika to chyba z przymusu włożenia każdego artysty do odpowiedniej szufladki.
Brytyjski duet Goldfrapp kojarzony jest przede wszystkim z przebojowymi utworami z płyty "Supernature", utrzymanymi w duchu lat 80 - "Number One", "Ooh La La" i tak dalej. Stały się znakiem firmowym zespołu, choć w świetle chociażby "Felt Mountain", nie są to dokonania wybitne. Dlatego też radzę zapoznać się z tą płytą, aby przekonać się, że Goldfrapp świetnie sprawdza się nie tylko na parkiecie, ale także gdy na przykład chcemy po tych szaleństwach na dancefloorze odpocząć. Miłego!


Ściągnij: http://rapidshare.com/files/126643506/Goldfrapp_-_Felt_Mountain.rar
Kup: http://merlin.pl/Felt-Mountain_Goldfrapp/browse/product/4,268697.html

15 sie 2008

Underworld - Everything, Everything (2000)

Underworld działają z przerwami i drobnymi zmianami w składzie już od ponad dwudziestu lat. Ciąży nad nimi łatka muzyków grających techno (oczywiście to bardzo krzywdzące zaszufladkowanie, bowiem w ich muzyce pojawiają się m.in. gitary), przez co z wzdrygnięciem i obrzydzeniem omijają ich fani szeroko pojętej muzyki "alternatywnej". Jeśli ktoś jednak zechce otworzyć swój umysł na coś nowego, spotka go olbrzymia nagroda. Jako że Underworld ma dość bogatą i zróżnicowaną dyskografię a ponadto najlepiej wypada na występach na żywo, polecam rozpoczęcie przygody z nimi od albumu "Everything, Everything" z 2000 roku (który to album uważa się za the best of Underworld). Jest to ponad 70 minut epickiego materiału zarejestowanego podczas trasy promującej album "Beaucoup Fish" (1999).

"Everything, Everything" to wszystko, co według mnie w tym zespole jest najlepsze. Rzadkością jest, aby wykonawcy przede wszystkim muzyki tanecznej wydawali albumy koncertowe. A jeszcze większą sensacją jest, gdy album taki okazuje się wydawnictwem dziejowym. Materiał zarejestrowany na płycie nie oddaje nawet w 1/10 tego, jakie emocje swoim występem potrafi wywołać Underworld (a sama miałam przyjemność w jednym uczestniczyć, więc gwarantuję: wiem, co mówię). Muzycy generują tyle energii, że spokojnie obdarzyliby nią kilka innych zespołów. Publiczność potrafią owinąć wokół palca. Są mistrzami w budowaniu napięcia, co zresztą doskonale słychać na płycie, o której piszę. Początek jest wspaniałą podróżą dźwiękową przez kompozycje z różnych okresów twórczości Underworld, ale to trzy ostatnie utwory ("Shudder-King of Snake", "Born Slippy Nuxx" i "Rez Cowgirl") wgniatają słuchacza w powierzchnię, na której się podczas słuchania znajduje. Wyżej wymienione kompozycje są zresztą największymi hitami w dorobku grupy. "Born Slippy" skojarzy z pewnością każdy fan kina, utwór znalazł się bowiem na soundtracku do filmu "Trainspotting".

Wystarczy jedno spotkanie z Underworld na żywo by dojść do wniosku, że nawet najlepsza muzyka gitarowa nie wywoła podobnych emocji. A także że muzyka określania jako "techno", "trance" czy "electronic" naprawdę może poruszyć. Polecam!





Ściągnij: http://rapidshare.com/files/137554631/Underworld_-__2000__Everything__Everything.rar.html

Kup: http://www.cduniverse.com/productinfo.asp?pid=1113190

5 sie 2008

The Mary Onettes - The Mary Onettes (2007)

Bohaterem mojej dzisiejszej "polecajki" jest zespół The Mary Onettes. Przyczepiam im etykietę "Wielcy jutro", choć gdybym była diabelnie obiektywna, musiałabym napisać, że wielcy wcale to oni nie są, bo nie stworzyli niczego przełomowego. No tak, ale czy brak odkryć w muzyce, zwłaszcza gdy mamy XXI wiek i wydaje się, że wszystko najważniejsze już za nami, musi od razu oznaczać, że nie warto czegoś posłuchać?
Choć The Mary Onettes nie odkrywają niczego nowego, potrafią zrobić dobrze swoimi dźwiękami. Nie raz zastanawiałam się, jak to jest, że zamiast słuchać dobrych polskich zespołów (warunek: musiałyby takie istnieć), muszę szukać muzycznego ukojenia daleko poza granicami kraju. No, na szczęście nikt nie skazuje mnie na Papuę Nową Gwineę (chociaż... może mają tam jakiś ciekawy folk? ;)). Wystarczy, że przeniosę się kilkaset kilometrów na północ. Wystarczy, że sprawdzę ofertę tylko jednej Wytwórni i już jestem ukontentowana. Ich reprezentantami są właśnie The Mary Onettes.
Minęło sześć lat od założenia zespołu nim ów kwartet wydał swoją pierwszą płytę. Krążek self-titled to 40-minutowy hołd złożony szeroko pojętej muzyce lat '80 (piszą to w każdej recenzji, chciałam być oryginalna, ale w sumie nie da się o tym nie wspomnieć). Wokalista brzmi jak pogodniejsza wersja Roberta Smitha. Piosenki mają w sobie ducha The Cure, Joy Division, New Order, Jesus & The Mary Chain. Perkusja jakby gdzieś zimnofalowym echem z oddali, gitara mocno dotrzymuje jej towarzystwa. I grają klawisze! O tak, ja lubię klawisze. Komu taki duch odpowiada, niech sięga jak najprędzej. Najmocniejsze punkty całej płyty to "Void", "The Laughter", "Under the Guillotine", "Still"... i moje ukochane "Lost". Pierwszy singiel, utwór wiodący w moich lastefemowych statystykach i jedna z ulubionych piosnenek tak w ogóle. Płyta jako całokształt już niestety tak nie poraża. Ale wszystkie dziesięć kompozycji z albumu, choć są raczej w nostalgicznym i melancholijnym klimacie, mają potencjał przebojowy. Przyznam się, że sama rzadko wracam do całego albumu, z wyjątkiem wyżej wymienionych kawałków. U większości z Was będzie najprawdopodobniej tak samo, ale na pewno złapiecie się na tym, że pewnego dnia podczas zwykłych codziennych czynności zapragniecie potupać nóżką do "Lost" i zaśpiewać razem z wokalistą If I could dream away....

Klimatycznym dopełnieniem okładki albumu są okładki do dwóch singli: "Void" i "Lost":







Ściągnij: http://rapidshare.com/files/61076574/The_Mary_Onettes_-_The_Mary_Onettes__2007_.zip.html

Kup: http://www.amazon.com/Mary-Onettes/dp/B000P1KOZ0

31 lip 2008

Basia Bulat - Oh, my Darling (2007)


Urocza blondynka z Kanady o polskim pochodzeniu. Wychowana na ekologicznej farmie i piosenkach Sama Cooke'a. Na praktycznie każdej amerykańskiej stronie obok jej imienia i nazwiska podany jest także sposób jego wymawiania (“BASH-a BOO-lat”). Tak jest, moi drodzy, mowa tu o dwudziestoczteroletniej piosenkarce Basi Bulat, która, mam nadzieję, zostanie niebawem stałą bywalczynią Waszych Winampów (tudzież innych odtwarzaczy, coby nie było, że kogoś dyskryminuję). Koncertowo nie pamięta niestety o swoich korzeniach, najbliżej Polski można było ją zobaczyć w maju 2007 w Nijmegen jako support The Veils. Basia otwierała poza tym koncerty takich artystów jak St. Vincent czy DeVotchKa. Swoją debiutancką płytą udowadnia jednak, że to ona zasługuje na to, aby być główną gwiazdą wieczoru.

Żeby przyznać mi rację, wystarczy po prostu Basię i "Oh, my Darling" usłyszeć. Nie mogę porównać jej barwy głosu do żadnej innej, co we współczesnej muzyce jest niewątpliwą rzadkością. Ów oryginalny głos raz jest delikatny i lekki, innym razem mocny i nasycony emocjami. W każdym wariancie przekonuje nas do historii, które w swoich piosenkach opowiada artystka. A ona już w pierwszym utworze "Before I knew" zdradza nam nieco swoich sekretów. To dobra zapowiedź tego, czego będzie można spodziewać się przez co najmniej 35 minut (z góry nie zakładam, że włączycie tą płytę ponownie od razu przy pierwszym przesłuchaniu, ale ja tak uczyniłam ;)). Mamy więc "I was a daughter" z rytmicznym klaskaniem w tle, refleksyjne "Little Waltz" i "December" sprawiający, że w naszych sercach pojawi się czerwiec (a mówię to z takim zapałem, z jakim grudniowe ujemne temperatury chciałyby nam dokuczyć!). Potem czas na danie główne, czyli hipnotyzujące "Snakes and Ladders". Na uwagę zasługują także powabne "Little One", utrzymane w klimatach samby "Why Can't it Be Mine" i kołyszące "The Pilgriming Vine". Taki nastrój kontynuuje kolejny utwór "La-Da-Da". "Birds of Paradise" to chwila wytchnienia, po rytmicznych poprzednikach można teraz nieco odpocząć. "A secret" zgrabnie zamyka całość i jednocześnie zawiera w sobie tajemnicę głosu Basi.

Na uwagę zasługuje szeroki zakres instrumentów użytych na płycie. Mamy standardy: gitarę, perkusję, pianino, instrumenty smyczkowe, ale także bębenki, harfę, dulcymer czy ukulele. Przeplatają się w niezwykły sposób i tworzą bardzo zgrabną kompozycję. Zresztą, posłuchajcie sami: http://www.youtube.com/watch?v=d35mDEhMfO4 .
Dla niektórych kluczową, dla innych jedynie techniczną będzie uwaga, że producentem albumu jest Howard Bilerman, były członek The Arcade Fire (perkusja na cudownym albumie "Funeral"), związany także z takimi zespołami jak Godspeed You! Black Emperor, British Sea Power czy Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra & Tra-La-La Band.

Dodając więc piękny głos, niebanalne piosenki, imponujące połączenia instrumentów oraz 'kuratelę' producenta o tak dobrych muzycznych sympatiach, otrzymamy zestaw, którego nie powstydziłyby się takie damy singer-songwritingu jak Joanna Newsom, Cat Power, Leslie Feist czy My Brightest Diamond.

Więcej pisać już chyba nie trzeba. Po co marnować czas, lepiej posłuchać. Życzę wielu miłych wrażeń.


Kup: http://merlin.pl/Oh-My-Darling_Bulat-Basia/browse/product/4,527025.html

Ściągnij: http://rapidshare.com/files/133849624/Basia_Bulat_-_Oh__My_Darling.rar.html