Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielcy jutro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielcy jutro. Pokaż wszystkie posty

21 wrz 2008

The Last 3 Lines - You Are A Deep Forest (2008)

Dzisiaj będzie szybko i konkretnie, bo i o samym zespole niewiele mi wiadomo. Kwintet: jedna kobieta i czterech mężczyzn. Nazywają się The Last 3 Lines i pochodzą z Barcelony. Nagrali świetny, pełen energii i czadu rockowy album, który jest lepszy od wielu innych rozreklamowanych płyt artystów z bardziej znaną marką. Z pewnością gdyby pochodzili z Wielkiej Brytanii, już dawno usłyszałby o nich cały świat. Ale usłyszy tak czy siak, mam taką nadzieję. Dlatego dziś postanowiłam przysłużyć się temu szczytnemu celowi i polecam Wam płytę "You are a deep forest". Znajdziecie tu bardzo żywiołowe kawałki, okraszone zarówno inspiracjami klasycznym rockiem jak i może zbyt nadużywanym dziś post punkiem. Ale nadużyć tu niewiele. Mój ulubiony kawałek? Myrriana.
Jaki będzie Twój ulubiony kawałek? Przekonaj się sam(a).
Linka do kupienia nie podam, bo kupić się na razie nigdzie nie da.

11 wrz 2008

Rachael - I bet You Like Drugs Instead of Sex (2008)



Warszawiaki z Rachael grają razem niecały rok, a już mają no koncie pierwszą EPkę, wydaną własnym sumptem, a jakże.
Już tytuł I Bet You Like Drugs Instead Of Sex zapowiada zawartość. Rock psychodeliczny raczej nie, bardziej indie granie z elementami psychodelii. Coś pomiędzy Black Rebel Motorcycle Club a dwiema ostatnimi płytami Queens of the Stone Age. Czyli to, co tygrysy lubią bardzo, jeśli nie najbardziej.

Najbardziej grzeje Juditha z obłędnym wokalem Olgi. O właśnie, niewątpliwą zaletą Rachael jes dwójka wokalistów Mike i Olga. Patent podobny na przykład do The Subways (spodziewajcie się, że do końca roku będą się pojawiać w prawie każdym tekście) i podobnie wykorzystany. Do złagodzenia chropowatego wokalu Mike’a, choć akurat tej piosence głos Olgi nadaje ostrości.

Świetny jest też Going Up In Smoke ujarana zielskiem pseudoballada. Ze świetną, trochę Joshową gitarą. Przypomina też spokojniejsze momenty BRMC, czyli w niej najbardziej słychać czemu Rachael mieści się tam właśnie.

V-66­ zaczyna się riffem bardzo, ale to bardzo przypominającym Smells Like Teen Spirit, wiadomo czyje. Na szczęście idzie w zupełną, bardziej pokręconą stronę. Na koniec zostawili All You Need Is Lead, trochę cygańskie, trochę hamerykańskie z solówką w stylu Neila Younga, gdzieś w środku psychodelicznie rozjeżdżające się. No nie mogli wybrać lepszego zakończenia płyty.

I Bet You Like Instead Of Sex najlepiej słuchać idąc w nocy ulicami wielkiego miasta, jak Nowy Jork, albo bardziej lokalnie, Warszawa. Wiecie, klimat podobny do Stories from the City, Stories from the Sea Polly Harvey.

Gdyby byli z Nowego Jorku albo z Londynu już mieliby kontrakt w kieszeni, a tak muszą gnić w podziemiu, przykre.
Ściągamy stąd, całkiem legalnie.

2 wrz 2008

Jakob Dylan - Seeing Things (2008)

Jakob Dylan to osobnik obdarzony ciekawą barwą głosu i przyjemną aparycją. Urodził się 9 grudnia 1969 roku w Nowym Jorku. Równo 20 lat temu założył zespół The Wallflowers. Nagrał wraz z nim pięć płyt studyjnych. Jedne okazywały się porażkami, inne pokrywały się poczwórną platyną, jeszcze inne kiepsko się sprzedawały, ale miały dobre recenzje. Bywało więc różnie. Do 2008 roku, kiedy to lider zespołu zawiesił jego działalność. Fani mogliby oburzyć się na to stwierdzenie, ale ja jestem panu Dylanowi za to całkiem wdzięczna.
A to dlaczego? Bo dzięki temu mamy okazję do posłuchania pięknej i intymnej płyty. Oszczędnej w środkach artystycznych, bo głównymi instrumentami są tu głos i gitara akustyczna. Dla Jakoba była ona nie lada wyzwaniem, ponieważ po raz pierwszy wyszedł z "kryjówki", jaką stworzył sobie w zespole i nagrał płytę pod swoim imieniem i nazwiskiem (ale o tym później). Przy takim przełomowym momencie w karierze warto podjąć współpracę z kimś, kto zna się na rzeczy. Wybór Jakoba padł na Ricka Rubina. Marka prawie tak pewna jak Timbaland ;). Owoc ich współpracy to kilkanaście utworów utrzymanych w raczej refleksyjnym tonie, co zapowiada już pierwsza piosenka Evil is alive and well (dowiedziałam się przy okazji, że jest to gra słów, często mówi się bowiem, że to "Elvis is alive and well"). Ale znajdzie się i parę weselszych akcentów, sam autor radzi wsłuchiwać się dokładnie w teksty.
Fani Bruce'a Springsteena po przesłuchaniu tej płyty będą zadowoleni. Wielbiciele dziadzia Cohena także odnajdą się w tym repertuarze. To zmusza słuchacza do dość ciekawej refleksji: Jakob Dylan ucieka w cień tych artystów, którzy z kolei starali się wydostać z cienia... innego Dylana. Tak jest, kto jeszcze tego nie wie, ten niech się dowie: Jakob Dylan to najmłodszy syn TEGO Dylana. Robiąc krótkie rozeznanie w sieci, nie udało mi się trafić na żadną recenzję "Seeing Things", w której nie byłoby wzmianki o słynnym tacie. Ja postanowiłam o tyle ulżyć Jakobowi, że o jego ojczulku wspomniałam na samym końcu. Pociecha Boba nie lubi, gdy w wywiadach czy artykułach dokonuje się porównań dokonań obydwu artystów. Moim zdaniem jest to zresztą bezsensowne. Bob to Bob a muzyka Jakoba obroniłaby się i bez "pleców" od taty. Co sądzi o tym sam zainteresowany? "Nie sądzę, by ktokolwiek mógł mu dorównać, a prawdę powiedziawszy uważam, że nikt nawet nie powinien tego próbować". Nic dodać, nic ująć.

Posłuchaj: http://rs181.rapidshare.com/files/120175238/Jakob_Dylan-Seeing_Things-2008-WALLFLOWRES.zip
Kup: http://merlin.pl/Seeing-Things-Digipack_Jakob-Dylan/browse/product/4,595225.html

31 sie 2008

Let me introduce you to the end - A Love of the Sea (2006)

Razem z Rayan’em Socash’em wypływam na morze kojących obrazów i dźwięków z wydaną w 2006 roku płytą ‘A Love of the Sea’. Krążek amerykańskiego emigranta bardzo przypadł mi do gustu, szczególnie po głodzie ambient-rocka, który rozbudził we mnie Piano Magic. Jednak Let me End (skrócona nazwa) to trochę inna bajka...
Płyta w całości powstała za oceanem, została bardzo dobrze przyjęta przez publiczność amerykańską co zaowocowało występami w tak legendarnych miejscach jak np. Medison Rock Theatre. Jednak konsumpcyjne podejście rodaków do muzyki zniechęciło młodego muzyka. Sprzedał, więc wszystko co miał i oddał schronisku dla bezdomnych. A potem przywiało go do Polski, gdzie zakochał się w Krakowie i osiedlił się na stałe. Postanowił też wydać ‘A Love of the Sea’ wierząc, że wrażliwy polski słuchacz przyjmie jego dzieło bardziej świadomie. Rayan jest również fotografem, wszystkie zdjęcia są jego autorstwa, łącznie z piękną okładką, która według mnie wyraża wszystko co można znaleźć na płycie – melancholię tekstów, mgliste melodie i muzyczną ciszę.
Piosenki utrzymane są w senno-wolnym tempie i głos Rayana rzadko się wybija. Teksty traktują o miłości – no bo o czym innym? Spotkałam się z określeniem ‘A Love of the Sea’ jako koncept albumem i muszę się tym zgodzić. Pięknie wydany krążek, bez zbędnych fajerwerków nic tylko słuchać. Nie będę rozdrabniać się i opisywać każdego kawałka po kolei (zresztą, czy bym potrafiła?). Dla mnie ten album stanowi niejako całość, każda piosenka niezauważalnie przechodzi w drugą. Jest jednak kilka kompozycji bardziej zapadających w pamięć – instrumentalne Between the Sky and the Sea, tytułowe i otwierające płytę A Love of the Sea, Trail to the Dust oraz piękne zakończenie A love to the Sky.


Let me introduce you to the End jest obecnie w trasie


!Kup!


~posłuchaj~



25 sie 2008

Gravenhurst - Fires in Distant Buildings (2005)

Podczas jednej z bezsennych letnich nocy spędzonych na oglądaniu MTV2 trafiłam na oto taki teledysk - http://www.youtube.com/watch?v=LaYPmG6ZOWg. Ludowym zwyczajem, jeśli zasłyszę coś fajnego w tym MTV, spisuję sobie nazwę na karteczce i potem sprawdzam w internecie. Tak było i tym razem. Trafiłam na dość mało znany zespół o nazwie Gravenhurst. Projekt ten kręci się wokół songwritera, producenta i multi-instrumentalisty Nicka Talbota. Coś Wam to mówi? Oczywiście, że nie. Mnie szczerze mówiąc też nie mówiło nic. Jednak zespół zdążył już wyrobić sobie stosowną renomę w Europie, występując obok takich gwiazd jak Maximo Park, Explosions in the Sky czy na słynnych festiwalach Pukkelpop czy Primavera Sound.
Ale przejdźmy do sedna. Płyta ma w sobie coś, co sprawiło, że po pierwszym przesłuchaniu natychmiast włączyłam ją znowu. Hipnotyzujący klimat? Może. I nastrój, który wyjątkowo dobrze skomponował się z moim. Cały materiał urzeka muzycznie i intryguje lirycznie, dlatego podczas mojej krótkiej analizy całej płyty skupiłam się przede wszystkim na tekstach.
Płytę otwiera "Down River" - mroczny klimat, oszczędność środków zarówno w warstwie instrumentalnej (minimalistyczny, ale ciężki jednocześnie riff) oraz wokalnej (cicho wyśpiewane kilkanaście wersów). Kolejny utwór to "Velvet Cell". To właśnie ta piosenka zwabiła mnie pięknym teledyskiem i skusiła do zainteresowania się Gravenhurst. Zawiera dość makabryczne przesłanie To understand the killer I must become the killer. And I don't need this violence anymore but now I've tasted hatred I want more. A wszystko w niepozornej (na "pierwszy rzut ucha"), popularnej dla naśladowców post-punkowców stylistyce. Ten numer ma potencjał na zostanie hymnem zbuntowanej młodzieży. W "Animals" wokalnie jest nieco łagodniej, ale ponury klimat (zresztą, It's England on a Saturday night) w warstwie tekstowej wciąż jest obecny. Przy fragmencie Take me to the river, I want to feel the water, Closing in and helpless as you're pushing my head under nawet początkującym interpretatorom piosenek od razu nasuwają się proste skojarzenia. W "Nicole" Gravenhurst oszczędza nas trochę i spuszcza z samobójczego tonu a całość jest bardziej refleksyjna. Potem "Velvet Cell Reprise", które przerywa pozorny, pięciominutowy spokój poprzedniego kawałka. Właściwie to prezent dla miłośników klimatów z singla. "Cities Beneath The Sea" to kolejny intrygujący tekst. Jest dość ciekawą wariacją na temat życia po śmierci, w każdym razie bardziej trafiającą do mnie niż lejdipankowskie "Zostawcie Titanica" (żenujący żart prowadzącego). "Song From Under The Arches" zdradza intencje, o których spekulowałam już przy "Animals" a także ujawnia post-rockowe ambicje zespołu. "See My Friends" - zespół zadbał, żeby zaserwować nam trochę smutku na "do widzenia". Chociaż jest i tam element optymistyczny, ale nazwanie tego optymizmem jest nieco na wyrost i w sensie "nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej". Zawsze to coś.
Ogólnie rzecz biorąc, jest to pierwsze wydawnictwo tego zespołu, z jakim miałam do czynienia. Z racji, że zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie, z pewnością sięgnę po resztę płyt (a mają ich jeszcze trzy). Nie wiem, skąd w panach tyle trosk, bo gdybym ja nagrywała równie dobre utwory to byłabym przeszczęśliwa, ale jeśli właśnie te nieszczęśliwe klimaty powodują, że Gravenhurst brzmi tak zgrabnie, niech im będzie. Czyli ogólnie mówiąc, z Gravenhurst smucimy się na poziomie.

Ściągnij: http://rapidshare.com/files/138865122/Gravenhurst_-_Fires_in_Distant_Buildings.rar.html
Kup: http://www.cduniverse.com/productinfo.asp?pid=6936729

20 sie 2008

Subheim - Approach (2008)


Debiutancka płyta projektu Kostasa K trafiła w moje łapki wczoraj późnym wieczorem z rekomendacją "takie ambientowe, miło się przy tym zasypia". Potraktowałam te słowa dość poważnie, ale przed snem postanowiłam jeszcze poczytać, oczywiście przy akompaniamencie nowego nabytku. Pierwszy utwór przepłynął sobie sennie gdzieś obok. Drugi zaczął się pięknym delikatnym brzmieniem pianina po czym dobiegł do moich uszu bardzo przyjemny beat. I w tym momencie książka wylądowała na półce, ja sięgnęłam po słuchawki, a płyta została włączona raz jeszcze od początku. Okazało się bowiem, że grecki kompozytor i grafik, a także współzałożyciel wytwórni Spectraliquid ma bardzo duże szanse na to, żeby na mojej prywatnej liście debiutów roku 2008, zająć pierwszą lokatę. Na dodatek chłopak ma głowę do interesów i nie ryzykował wydawania krążka w spółce, w której ma udziały, ale zrobił to w amerykańskiej wytwórni Tympanic Audio, od niedawna współpracującej m.in. z legenda industirialu Zentriert ins Antlitz.

Jedenaście utworów zanurzonych w ambientowym klimacie, lekko IDM'owych i z klasą, której dodaje im delikatne brzmienie wiolonczeli oraz pianina przenosi słuchacza na prawie pełną godzinę do bajkowego świata Królowej Śniegu. Przynajmniej takie są moje odczucia, gdy słucham tej płyty. Myli się jednak ten, komu wydaje się, że dźwięki z niej płynące powiewają chłodem. Melancholijne utwory przywołują na myśl raczej czasy dziecinnej niewinności i wspomnienia z pierwszego lepienia bałwana, tyle, że oglądane w diabelskim zwierciadle. A to wszystko zawdzięczamy temu, że Kostas K wie jak łączyć budujące nastrój, "żywe" instrumenty, trzeszczące elektroniczne wstawki, niepokojące beaty i ciepły, magicznie brzmiący głos Katji. Świadomość, że go słyszę dotarła do mnie dopiero w trzeciej minucie utworu Howl. Urok ta utalentowana wokalistka rzuciła na mnie jednak dopiero demonstrując swoje możliwości wokalne w Voces Perdidas. Z jednej strony szkoda, że jest jej tu tak niewiele, bo pojawia się tylko w trzech utworach, z drugiej: i bez wokalu wrażenie jakie wywiera ta produkcja jest niesamowite. Zwłaszcza utwór Away jest godny uwagi. Wzruszyć mnie nie łatwo, a jednak się udało...Subtelne pianino i łagodne, odrobinę eteryczne długie modelowane dźwięki, przerywane samplami, które wydają się niemal naturalnym odgłosem klaszczących dłoni i rytmicznego kroku oraz stopniowo narastające napięcie to elementy które sprawiają, że muzyk zdaje się naprawdę grać na ludzkich emocjach. Podobnie rzecz się ma z utworem numer siedem na tej płycie, czyli Stranded. W jego przypadku intensywniejsze jest poczucie chaosu, co prawda osadzonego w bardzo harmonijnych ramach, ale zawsze. Dość szorstkim elementem jest najkrótszy na płycie kawałek pt. Intact. Zdecydowanie nie przypadł mi on do gustu. Plamy dźwiękowe połączone z niewyraźną deklamacją w męskim wydaniu są trudno przyswajalne. Na szczęście nie trwa to długo. Płytę kończą dwa remiksy utworów z niej pochodzących. Ogólna ich ocena jest pozytywna, aczkolwiek w mojej opinii Hollow brzmi o wiele lepiej w wersji bez grzebania. Z kolei One step before the exit w obu wariantach wypada równie interesująco, a w wersji kombinowanej stanowi bardzo ładne wykończenie płyty.

Kostasa K za wielkiego rewolucjonistę uznać nie mogę, ponieważ eksperymentalnie ten album nie wnosi wiele do kręgu muzyki industrialnej, tworzy jednak spójną całość, która potrafi zawładnąć słuchaczem i na dodatek jest dobrze wyprodukowana. Jak na debiut: piąteczka, ale czekam na więcej, bo dostrzegam potencjał na pięć plus.

Ściągamy stąd (hasło: avi)
Kupujemy tu

16 sie 2008

Spiritual Front - Armageddon Gigolo (2006)

Doskonale pamiętam jak natknąłem się na ten album. Nie mając nic ciekawego do roboty ( a raczej nie mając po prostu chęci na jakikolwiek wysiłek fizyczno-umysłowy ;) ) surfowałem po necie szukając jakichkolwiek informacji na temat Current 93 i Rome. I tym sposobem trafiłem na portal fanów muzyki z gatunku dark ambient/neo-folk/industrial. Szczególną uwagę zwróciłem na podsumowanie najlepszych płyt 2006 roku i okładkę która widniała przy numerku "1." a którą teraz możecie zobaczyć po lewej stronie tej recenzji. Nie ukrywam, że zaintrygowało mnie zarówno to zdjęcie jak i sam tytuł albumu. Pierwsze myśli jakie cisnęły mi się do głowy do "dekadencja", "nihilizm", "upadek jakichkolwiek wartości". Od razu postanowiłem zapoznać się z tym wydawnictwem...i wcale nie żałuje.

Już pierwszy kawałek daje jasno do zrozumienia że mamy do czynienia z czymś absolutnie bezkompromisowym, wyuzdanym i brutalnym. I nie słychać tego co prawda w muzyce która jest ciepła, poruszająca i szybko wpada w ucho, słychać za to w tekstach...pełno w nim nawiązań do bezpruderyjnego seksu, alkoholowych orgii i namiętnych famme fatale. Wracając natomiast do samych dźwięków...skojarzenia z Cashem, Nickiem Cave'm, Morricone i muzyką do filmów gangsterskich mile widziane. Może też dlatego fani nazywają te utwory mafia-folkiem, a lider Spiritual Front samobójczym i nihilistycznym popem. Mówiąc bardziej po ludzku jest to muzyka w klimatach industrialu i muzyki folkowej wzbogaconej klawiszami, wiolonczelą, akordeonem, skrzypcami czasami gitarą elektryczną które w połączeniu tworzą niezwykły dekadencko-kabaretowy klimat.

Ciężko mi cokolwiek więcej powiedzieć o tej płycie, bo opowiadać można by było bez końca. Po prostu najlepiej będzie, byście zamiast tracić czas na czytanie tej recenzji, jak najszybciej zapoznali się z twórczością pana Simone'a "Hellvis" Salvatori i ulegli urokowi takich numerów jak "I walk the (dead)line, Jesus died in las vegas czy No kisses on the mouth".

Podsumowując, chciałbym posłużyć się pewnym cytatem który doskonale określa muzykę na Armageddon Gigolo: "Weź Johny'ego Cash'a, Elvisa, Swans, and Mario Merola, zmiksuj to wszystko ze spermą i krwią i serwuj na ciepło"
Smacznego :)

Ściągnij:

http://rapidshare.com/files/83477264/spiritual_front_-_armageddon_gigolo__2006_.rar

Kup:

http://www.fan.pl/katalog/p90926261_spiritual_front_armageddon_gigolo.html


5 sie 2008

The Mary Onettes - The Mary Onettes (2007)

Bohaterem mojej dzisiejszej "polecajki" jest zespół The Mary Onettes. Przyczepiam im etykietę "Wielcy jutro", choć gdybym była diabelnie obiektywna, musiałabym napisać, że wielcy wcale to oni nie są, bo nie stworzyli niczego przełomowego. No tak, ale czy brak odkryć w muzyce, zwłaszcza gdy mamy XXI wiek i wydaje się, że wszystko najważniejsze już za nami, musi od razu oznaczać, że nie warto czegoś posłuchać?
Choć The Mary Onettes nie odkrywają niczego nowego, potrafią zrobić dobrze swoimi dźwiękami. Nie raz zastanawiałam się, jak to jest, że zamiast słuchać dobrych polskich zespołów (warunek: musiałyby takie istnieć), muszę szukać muzycznego ukojenia daleko poza granicami kraju. No, na szczęście nikt nie skazuje mnie na Papuę Nową Gwineę (chociaż... może mają tam jakiś ciekawy folk? ;)). Wystarczy, że przeniosę się kilkaset kilometrów na północ. Wystarczy, że sprawdzę ofertę tylko jednej Wytwórni i już jestem ukontentowana. Ich reprezentantami są właśnie The Mary Onettes.
Minęło sześć lat od założenia zespołu nim ów kwartet wydał swoją pierwszą płytę. Krążek self-titled to 40-minutowy hołd złożony szeroko pojętej muzyce lat '80 (piszą to w każdej recenzji, chciałam być oryginalna, ale w sumie nie da się o tym nie wspomnieć). Wokalista brzmi jak pogodniejsza wersja Roberta Smitha. Piosenki mają w sobie ducha The Cure, Joy Division, New Order, Jesus & The Mary Chain. Perkusja jakby gdzieś zimnofalowym echem z oddali, gitara mocno dotrzymuje jej towarzystwa. I grają klawisze! O tak, ja lubię klawisze. Komu taki duch odpowiada, niech sięga jak najprędzej. Najmocniejsze punkty całej płyty to "Void", "The Laughter", "Under the Guillotine", "Still"... i moje ukochane "Lost". Pierwszy singiel, utwór wiodący w moich lastefemowych statystykach i jedna z ulubionych piosnenek tak w ogóle. Płyta jako całokształt już niestety tak nie poraża. Ale wszystkie dziesięć kompozycji z albumu, choć są raczej w nostalgicznym i melancholijnym klimacie, mają potencjał przebojowy. Przyznam się, że sama rzadko wracam do całego albumu, z wyjątkiem wyżej wymienionych kawałków. U większości z Was będzie najprawdopodobniej tak samo, ale na pewno złapiecie się na tym, że pewnego dnia podczas zwykłych codziennych czynności zapragniecie potupać nóżką do "Lost" i zaśpiewać razem z wokalistą If I could dream away....

Klimatycznym dopełnieniem okładki albumu są okładki do dwóch singli: "Void" i "Lost":







Ściągnij: http://rapidshare.com/files/61076574/The_Mary_Onettes_-_The_Mary_Onettes__2007_.zip.html

Kup: http://www.amazon.com/Mary-Onettes/dp/B000P1KOZ0

2 sie 2008

Socalled - Ghettoblaster (2007)



Czyli trzeci album kanadyjskiego rapera żydowskiego pochodzenia, zdecydowanie najbardziej zróżnicowany i chyba mój ulubiony.
Większość kanadyjskiej muzyki rozrywkowej niespecjalnie różni sie od tego co serwują nam Amerykanie, jednak zdarzają się projekty wyjątkowe, jak "Ghettoblaster" właśnie.
Całość to miks rapu, folku, muzyki etnicznej, elementów muzyki klezmejrskiej. Połączenie ich z interesującą barwą głosu Socalleda i niesamowitymi wokalami zaproszonych do współpracy gości stworzyło płytę obok której nie da się przejść obojętnie. Znaczącym elementem tej płyty jest przywiązanie Socalled do żydowskiej kultury, które sugeruje już w tytule płyty i któremu poświęca większość utworów z tego albumu.

Momenty na płycie na które najbardziej warto zrócić uwagę to Let's Get Wet, łączący pastisz tradycyjnej muzyki żydowskiej z jazzem i elektronicznym brzmieniem. Zresztą na sam koniec albumu czeka nas jeszcze zmiksowana wersja tego kawałka, moim zdaniem gorsza ale też zasługująca na uwagę.

Następny, You Are Never Alone, singel z "Ghettoblastera", to przyjemna ballada stworzona we współpracy z Katie Moore. Zaczyna się jednak od słów “Frankly, there’s nothing so unusual about being a Jewish cowboy” i z początku może przywodzić na myśl żydowskie modły odprawiane przez kantora; ), jednak dalej zaskakuje swoją różnorodnością.

Kolejny kawałek który jest absolutnym majstersztykiem tego co może nam pokazać Socalled jest Belz. Rozpoczyna się od monologu Theodore Bikela, Broadway'owskiego weterana, dotyczącego dzieciństwa w getcie, potem przechodzi w zestawienie jego wokalu z agresywnym francuskim rapem, tworząc mieszankę idealną.

Chyba nie ma sensu dalej opisywać tej płyty, tego po prostu trzeba posłuchać. Gwarantuję, że wciągnie.

Płyta do kupienia na http://amazon.com

Do ściągnięcia:
http://rapidshare.com/files/133834305/Socalled_-_Ghettoblaster.zip.html

31 lip 2008

Bam Bam - Bam Bam (2008)


Hablas español, señor? Nie? Ja też nie, ale nie jest to potrzebne, mimo że Bam Bam są z Meksyku. To znaczy jakieś teksty tam są, ale nie o nie chodzi. Nie chodzi też o to, że nie mają sensu, bo jakiś pewnie mają, choć, jak ktoś nazywa się Bam Bam, to można mieć co do tego (tekstów z sensem) wątpliwości. O, i tak wyszło mi strasznie skomplikowane zdanie. Na szczęście ich muzyka jest dużo prostsza.

I tym chwytem płynnie przechodzimy do tego, co nas najbardziej interesuje, czyli zawartości tego krążka. Meksykanie lubią posłuchać sobie rocka psychodelicznego, trochę Brytoli, trochę starego indie (nie pedalskiego, jak dziś), trochę space rocka (ostatni kawałek), no i trochę The Black Angels, ale tylko pierwszej płyty. Znaczy się psych-pop. Fajny psych-pop, z żeńskimi wokalami i w ogóle. Miodna płytka. Ale krótka: 26 minut i koniec (krótka płyta to i krótki tekst). Ledwo herbatę się skończy, a tu już trzeba puszczać od początku. Od początku, bo ta płytka uzależnia.


Mili Meksykanie z ich wytwórni dali na swojej stronie płytkę do ściągnięcia tutaj.

Basia Bulat - Oh, my Darling (2007)


Urocza blondynka z Kanady o polskim pochodzeniu. Wychowana na ekologicznej farmie i piosenkach Sama Cooke'a. Na praktycznie każdej amerykańskiej stronie obok jej imienia i nazwiska podany jest także sposób jego wymawiania (“BASH-a BOO-lat”). Tak jest, moi drodzy, mowa tu o dwudziestoczteroletniej piosenkarce Basi Bulat, która, mam nadzieję, zostanie niebawem stałą bywalczynią Waszych Winampów (tudzież innych odtwarzaczy, coby nie było, że kogoś dyskryminuję). Koncertowo nie pamięta niestety o swoich korzeniach, najbliżej Polski można było ją zobaczyć w maju 2007 w Nijmegen jako support The Veils. Basia otwierała poza tym koncerty takich artystów jak St. Vincent czy DeVotchKa. Swoją debiutancką płytą udowadnia jednak, że to ona zasługuje na to, aby być główną gwiazdą wieczoru.

Żeby przyznać mi rację, wystarczy po prostu Basię i "Oh, my Darling" usłyszeć. Nie mogę porównać jej barwy głosu do żadnej innej, co we współczesnej muzyce jest niewątpliwą rzadkością. Ów oryginalny głos raz jest delikatny i lekki, innym razem mocny i nasycony emocjami. W każdym wariancie przekonuje nas do historii, które w swoich piosenkach opowiada artystka. A ona już w pierwszym utworze "Before I knew" zdradza nam nieco swoich sekretów. To dobra zapowiedź tego, czego będzie można spodziewać się przez co najmniej 35 minut (z góry nie zakładam, że włączycie tą płytę ponownie od razu przy pierwszym przesłuchaniu, ale ja tak uczyniłam ;)). Mamy więc "I was a daughter" z rytmicznym klaskaniem w tle, refleksyjne "Little Waltz" i "December" sprawiający, że w naszych sercach pojawi się czerwiec (a mówię to z takim zapałem, z jakim grudniowe ujemne temperatury chciałyby nam dokuczyć!). Potem czas na danie główne, czyli hipnotyzujące "Snakes and Ladders". Na uwagę zasługują także powabne "Little One", utrzymane w klimatach samby "Why Can't it Be Mine" i kołyszące "The Pilgriming Vine". Taki nastrój kontynuuje kolejny utwór "La-Da-Da". "Birds of Paradise" to chwila wytchnienia, po rytmicznych poprzednikach można teraz nieco odpocząć. "A secret" zgrabnie zamyka całość i jednocześnie zawiera w sobie tajemnicę głosu Basi.

Na uwagę zasługuje szeroki zakres instrumentów użytych na płycie. Mamy standardy: gitarę, perkusję, pianino, instrumenty smyczkowe, ale także bębenki, harfę, dulcymer czy ukulele. Przeplatają się w niezwykły sposób i tworzą bardzo zgrabną kompozycję. Zresztą, posłuchajcie sami: http://www.youtube.com/watch?v=d35mDEhMfO4 .
Dla niektórych kluczową, dla innych jedynie techniczną będzie uwaga, że producentem albumu jest Howard Bilerman, były członek The Arcade Fire (perkusja na cudownym albumie "Funeral"), związany także z takimi zespołami jak Godspeed You! Black Emperor, British Sea Power czy Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra & Tra-La-La Band.

Dodając więc piękny głos, niebanalne piosenki, imponujące połączenia instrumentów oraz 'kuratelę' producenta o tak dobrych muzycznych sympatiach, otrzymamy zestaw, którego nie powstydziłyby się takie damy singer-songwritingu jak Joanna Newsom, Cat Power, Leslie Feist czy My Brightest Diamond.

Więcej pisać już chyba nie trzeba. Po co marnować czas, lepiej posłuchać. Życzę wielu miłych wrażeń.


Kup: http://merlin.pl/Oh-My-Darling_Bulat-Basia/browse/product/4,527025.html

Ściągnij: http://rapidshare.com/files/133849624/Basia_Bulat_-_Oh__My_Darling.rar.html